Wiek: 23 Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 53 Skąd: Kingdom of Heaven
Wysłany: 02-06-2005, 19:45 Dziedzic Krwi
Postanowiłem napisać opowiadanko, aby trochę ożywić to "Mało artystyczne forum"
Sory za błędy, ale nie chce mi się Worda instalować , miłej lektury:
Najdłuższy dzień roku powoli dogasał, błękitne niebo nie było skalane nawet jedną chmurką, a promienie słońca łagodnie
ogrzewały twarze tych, którzy w to piękne popołudnie zdecydowali się rozkoszować jego walorami.
Mieszkańcy Złotej Nadzieji-małego miasteczka leżącego pod ruchliwą metropolią Katowic jak zwykle byli zajęci swymi
sprawami, życie zwykłych ludzi toczyło się zwykłym tokiem i nikomu tak bardzo to nie przeszkadzało. Oczywiście były również
wyjątki, niektórzy, a w szczególności młodzi ludzie byli znudzieni tą oazą spokojności i czasami marzyli o wspaniałych
podróżach i wielkich przygodach, właśnie o takich rzeczach myślał właśnie siedzący na rynkowym krzesełku młodzieniec.
-Rosh ! Hej Rosh !
Chłopak poczuł się jakby wyrwano go z głębokiego snu, wokół niego siedziała grupa młodych mężczyzn w jego wieku wpatrująca
się z ironicznym uśmiechami na twarzy w jego zdziwioną minę.
-Co się z tobą dzieje ? Wyglądałeś jakbyś był przed chwilą gdzie indziej..., może powiesz nam o czym tak myślałeś ?, rzekł
sympatyczny niski brunet.
-Już ja wiem o czym..., wtrącił się z wyczuwalnym w głosie szyderstem inny chłopak.
-Pewnie o tym co będzie jeśli Alice będzie się chciała poprzytulać, a Rosh się "Zdenerwuje" !
Cała grupka parsknęła w swoje kufle z piwem, a Rosh lekko się zaczerwienił.
-No, będziesz miał powody do denerwowania w końcu próbowałeś przez 3 lata Liceum, a ona nic i nic, teraz kiedy zgodziła się
na randkę z tobą w dzień ukończenia szkoły możesz usłyszec w głowie hasło:"Huston we have a problem".
Ponownie cała grupa z wyjatkiem Rosh'a wybuchnęła śmiechem.
-Żebyś ty jeszcze wiedział w którym roku był start Apollo 13 cwaniaczku...
-Hej, to, że nie zdałem matury z Histy na "6" z nadwyżką tak jak ty to nie powód żeby się nabijać, mnie tam "Dop" z maty
starczy.
-...Tak jak i z wszystkiego innego, dokończył za niego Rosh, a pod barem w którym siedzieli znów rozległy się chichoty.
-Dobra koniec tych żartów, trzeba się zbierać, pamiętajcie o imprezie dzisiaj u mnie o 20.00, a ty masz się nie pokazywać bez
Alice, pokazał chłopak na Rosh'a a następnie z całą resztą grupy oddalił się w kierunku bocznej uliczki rynku.
Rosh, zapłacił za wypite piwo, powoli wstał z krzesła, biorąc głęboki wdech, jego niewątpliwą cechą była umiejętność
cieszenia się nawet z najprostrzych rzeczy. Wprawdzie śląskie powietrze nie należało do najczystszych, ale było wiele innych
rzeczy które sprawiało mu radość, można powiedzieć, że po wielu niepowodzeniach, życie wreszcie ułożyło się po jego myśli.
Właśnie stał się absolwentem liceum ogólnokształcącego, zawsze był średnim uczniem i nie raz miał problemy z nauką, ale było
kilka rzeczy w których był naprawdę dobry, tak jak naprzykład wspomniana przez jego kolegę Historia, w ostatnim roku bardzo
się sprężył i zbliżył się do swego celu zostania dziennikarzem, zwiedziania obcych krajów i poznawania nowych ludzi. Także w
miłości udało mu się odnieść sukces, pamiętał jeszcze dokładnie jak pierwszy raz zobaczył swoją wielką miłość, Alice, była
dla niego marzeniem, krótkie, opadające na barki, połyskujące włosy, wspaniała figura i śliczny uśmiech, było dla niego
niezrozumiałe, że przez całe 3 lata nie znalazła sobie chłopaka, a w jego szkole tylko się od nich roiło. Niektórzy mówili,
że jest bardzo nieśmiała i ciężko z nią nawiązać kontakt, a Rosh wielokrotnie tego doświadczy, ileż to razy próbował z nią
rozmawiać, a ona poprostu go ignorowała, czasami myślał, że poprosru jej się nie podoba, był szczupłym, wysokim szatynem o
zielonych oczach, nie był wysportowany i dlatego odrazu spisywał się na straty. Sytuacja zmieniła się diametralnie po pewnym
zdarzeniu którego Rosh nie koniecznie chciał pamiętać, Alice zaczęła mu bardziej ufać, zdradziała mu nawet, że ma pewien
sekret i własnie dlatego boi się kontaktów z innymi ludzmi, chłopak nie wiedział dokładnie czym był ten sekret, lecz miał
pewność, że jest to coś powarznego. Dziś kiedy to już miał dyplom w ręku i najlepsze perspektywy w stosunku do jego dalszej
nauki, Alice zgodziła się pierwszy raz oficjalnie pójść z nim na randkę, mieli razem wybrać się na imprezę do jego kolegi
który właśnie opuścił parasolkowy bar. Z wielkim optymizmem na twarzy Rosh ruszył przed siebie myślał już tylko o tym co
będzie się działo dziś wieczorem.
_________________ What dosent kill you makes you stronger !
Wstęp fajny - tylko trochę błędów językowych, szczególnie powtórzeniowych na początku. Ale czyta się przyjemnie. Co prawda wiem już mniej więcej czego się spodziewać ale jeśli ciekawie rozwiniesz to będzie ok.
_________________ "Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów." - Stanisław Lem.
nie jest źle ale jakos nie pasuje mi dobór imion, niby dzieje się to w Katowicach a gł. Bohater ma na imię Rosh, a i z kądś kojaże imię Alice:p
_________________ "Bombs are flying.
People are dying.
Children are crying, politicians are lying, too.
Cancer is killing.
Texaco's spilling.
The whole world's gone to hell, but how are you?"
Wiek: 23 Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 53 Skąd: Kingdom of Heaven
Wysłany: 06-06-2005, 13:38
-Hmmmmm...nie wiem którą wybrać...
Pół nagi Rosh stał przed lusterm nakładając na siebie coraz to nowsze koszule.
-Chyba lepiej ci w tej białej, wtrącił się 40 letni mężczyzna ubrany w zwykłe domowe odzienie, a na czubku jego głowy połyskiwała łysina.
Rosh zmarszczył czoło a następnie odparł:
-No nie wiem...chyba jednak założę tę czarną...
-Przecież idziesz na randkę a nie na pogrzeb.
Mężczyzna usiadł na fotelu i włączył telewizor a pulchna kobieta o złotych włosach chichotała jednocześnie układając świeżo wyprane rzeczy na suszarce.
-Już ci mówiłem, to nie żadna randka tylko impreza u kolegi...
-No tak...a ja jestem święty Franciszek.
-Dobra panie święty Franciszek, dasz mi samochód czy nie ?
-Dobrze już dobrze, dam ci kluczyki, ale Rosh, pamiętaj, zawsze się zabezpieczaj...
Jego ojciec nawet nie dokończył a chłopak zrobił minę jakby został uderzony młotem.
-(Boże tylko nie pozwól aby robił 20 latkowi wykład o prezerwatywach...)
-...Zapinaj pasy kiedy jeździsz samochodem, zrozumiano ?
-(Uffff...)
Kobieta spojżała na tatę Rosh'a z pewnym oburzeniem, po czym rzekła:
-Rosh...? Dlaczego wszyscy cię tak nazywają ? Jeśli się nie mylę to dałam ci na imię Robert ,czyż nie ?
-Mamo...ja naprawdę lubię to przezwisko i wszyscy się już do niego przyzwyczaili...
-Ci cholerni amerykanie...całą młodzież nam przekabacą..., dodała kobieta po czym ze zrezygnowaną miną udała się do kuchni.
Chłopiec lekko się uśmiechnął i założył na siebie czarną koszulę oraz resztę ubrań, wtarł we włosy żel i użył drogich, męskich perfum, które niedawno kupił, po czym spojżał w lustro i powiedział:
-heh, witaj przystojniaku ! Gdzie byłeś całe moje życie ?
-Tu masz kluczyki od samochodu i jeszcze coś..., mówiąc to mężczyzna wyciągną z kieszeni dwa banktnoty, każdy po 100 zł. i wcisnął je Rosh'owi do kieszeni, a na koniec poklepał go po ramieniu.
-Dzięki tato, odrzekł po czym pewny siebie wyszedł z mieszkania i wsiadajac do niebieskiego Golfa ruszył w stronę domu Alice.
Jadąc wzdłuż autostrady nie minął wielu samochodów, droga była ciemna i nawet długie światła nie dawały odpowiedniej widoczności. Najgorsze były dla niego samotne wieczory takie jak ten, najlepszym zajęciem w takich momentach było rozmyślanie o wielkich przygodach jakie będzie mu dane przeżyć wykonując dziennikarski zawód, wyobrażał sobie jak to pozanje nowych ludzi, kultury i obyczaje, pisząc na ich temat artykuły i pokazując ich piękno na całym świecie. Jednak to, ze miał bujną wyobraźnię nie czyniło tych wieczorów mniej samotnymi. Bardzo pocieszała go myśl, że ten wieczór taki nie będzie, dzisiaj wreszczie wyzna Alice co do niej czuje i będą się bawić razem do białego rana.
Powoli zbiżając się do jej domu, zauwarzył małe kropelki wody padające na jego szybę, które w kilka chwil zamieniły się w strumnienie deszczu.
-Świetnie...zaczyna lać..wiec chyba z ogniska nici, dobrze, że Mat ma duzą chatę.
Deszcz był rzeczywiście gęsty i padał z niezwykłą siłą, taka pogoda przypominała chłopcu o tym kiedy pierwszy raz wziął Alice w ramiona...
Klika miesięcy temu, samotność i swoista obsesja jej osobą sięgnęła zenitu, Rosh łapał się na tym, że oglądał się za nią na każdej przerwie, chodził za nią do biblioteki, sklepiku, a nawet pewnego razu zaczał śledzić Alice kiedy ta wracała po zajęciach poza lekcyjnych do domu, było dokładnie tak jak teraz, ciemno, padał gęsty deszcz, chłopiec chciał tylko dowiedzieć się gdzie mieszka, wbrew swojej woli stał się świadkiem najbardziej przerażajacej sytuacji w jego życiu. Tego wieczoru Alice została zaatakowana przez nieznajomego mężczyznę, pojawił się jakby z nikąd, był wysoki i dobrze zbydowany, jego całe ciało pokrywała czarna peleryna, a w prawej dłoni trzymał wielki, ciężki miecz. Zauwarzywszy go Alice była tak samo przerażona jak Rosh, jednak wyglądało na to jakby w pewnym stopniu się go spodziewała, jakby wiedziała, że ten mężczyzna ją znajdzie, ale chciała się za wszelką cenę przed nim ukryć. Chłopak próbował ja uratować lecz, jednym szybkim ruchem mężczyzna naciął mu wewnętrzną powierzchnię dłoni i zostawił go krwawiącego na mokrej od deszczu ziemi. Dziewczynę sparaliżował strach wyglądała jakby chciała uciekać, ale jednocześnie zadawała sobie sprawę z tego, że nie ma to większego sensu. Rosh był zdesperowany, wił się, krzyczał, wydawało mu się, że będzie musiał parzeć na śmierć ukochanej a sam nie ujdzie z tej sytuacji z życiem. Wtedy jak grom z jasnego nieba rozległ się strzał, nieopodał bramy wielkiego domu Alice stał straszy mężczyzna...jej ojciec, w ręce trzymał pistolet, trafił napastnika prosto w pierś a ten przed zadaniem ciosu upadł martwy na podłogę. Rosh wpatrywał się w Alice, łzy ciekły z jej ślicznych, kryształowych oczu. Ojciec Alice krzyknął wtedy:
-Alina, nic ci nie jest !?
Rosh myślał, że Alice rzuci się na swojego ojca, było jednak zupełnie odwrotnie.
-Rosh ! Rosh ! Wszytsko w porządku !?
Alice objęła go obiema ramionami, i przytuliła do siebie, przez chwilę czuł na sobie jej delikatne, wspaniałe ciało.
-Z wyjątkiem ręki...ok. przynajmniej wreszcie mnie zauwarzyłaś...
Pomimo tego co własnie przeżyła na twarzy dziewczyny pojawił się lekki uśmiech.
-Zawsze byłeś dla mnie miły, a ja cię ignorowałam, ale zrozum ja...
-Alina...nie...on nie ma z tym nic wspólnego, nie mieszaj go do tego..., wtrącił się ojciec dziewczyny.
-Ale tato...nie możemy go tak poprstu tu zostawić...
-Eh...no dobrze zabierzmy go do domu...
Nie martw się Rosh ! Zaopiekuję się tobą...
Nagle przed oczami Rosh'a rozbłysło swiatło mijającego go samochodu, zdał sobie sprawę z tego, że znów pogrążłył się we wspomnieniach.
-(Może z takimi tendencjami nie powinienem robić prawa jazdy...), pomyślał.
Okropna blizna na jego dłoni wciąz przypominała mu o tamtym zdarzeniu, wtedy Alice i on zaczeli się stopniowo przyzwyczajać do siebie i kilka dni temu pierwszy raz zgodziła się pójść z nim na randkę, nie mógł się doczekać kiedy znów poczuje miękkość jej ślicznego ciała na sobie.
-To tutaj...
To miejsce rzeczywiście przywoływało bolesne wspomnienia, mówi się iż bohaterzy wojenni którzy stracili nogę czasmi wciąż ją czują, tym razem było tak samo, kiedy Rosh, przyjżał się miejscu na które upadł blizna na dłoni zaczeła dziwnie piec, chłopak myślał, a raczej miał nadzieję, że była to tylko jego wyobraźnia.
W ciągu tych wszystkich miesięcy był tu tylko raz ale dom Alice był tak samo bogaty i wspaniały jak go zapamiętał, willa z basenem, gdyby tak wygladało jego życie w przyszłości nie miał by na co narzekać.
Rosh wysiadł z samochodu, przeszedł przez otwartą bramę i zadzwonił do drzwi. "Ding Dong...", nie było słychać odpowiedzi...
-Czyżby Alice brała jeszcze prysznic..., pomyślał, swoją drogą wyobrażenie jej sobie pod prysznicem wywoływało u niego dreszcze podniecenia.
"Ding Dong...", Rosh nacisnął dzwonek jeszcze raz ale i tym razem nie usłyszał odpowiedzi.
-Hmmm...może powinienem zapukać, pomyślał a gdy tylko dotknął palcem drzwi te lekko odchyliły się do tyłu...
-Cholera...maja taki wielki dom i zostawiają drzwi otwarte...? Przecież to wręcz zaproszenie dla złodzieja...
Niepewnym krokiem Rosh wszedł do wielkiego wystorojonego salonu, pełnego obrazów, gobelinów i innych dzieł sztuki.
-(Hmmm...może nie powinienem tu urzywac jej przezwiska...) Alina...!? panie Piotrze...!?, jest tu ktoś !?
Pomimo głośnych krzyków nie usłyszał odpowiedzi, rozglądając się wokoło wszedł po schodach do pokoju w którym Alice opatrywała mu rękę. Pamiętał bardzo dobrze jak upajał się słodkim zapachem jej łóżka. W połowie drogi jego wzrok przyciągnęła lepka, czerwona ciecz którą obsmarowana była wykładzina, dotykając ją palcem stwierdził z przerażeniem w oczach:
-Boże...krew...!?
Szybko pobiegł w stronę pokoju Alice, im bardziej się do niego zbliżał tym sceneria była bardziej przerażająca, ściany, podłoga, wszystko było oblepione krwią, krwawe odciski dłoni...wyglądało tak jakby ktoś ranny pełzał do pokoju dziewczyny. Jednym szybkim ruchem Rosh otworzył drzwi pokoju, gdzie ukazała mu się sceneria z najgorszego horroru: Alice i dwójka jej rodziców leżeli w kałżuży własnej krwi, na plecach, ramionach mieli głębokie nacięcia, jakby ktoś ciął ich nozem...albo mieczem, wszędzie były krwawe odciski rąk, chłopcu od samego zapachu zrobiło się słabo. Z jego oczu zaczęły płynąć łzy...powoli podszedł do leżącej Alice i chwycił ją w miejscu gdzie jej koszula była rozdarta, na jej ramieniu zauwarzył czarny tatuaż w formie zniekształconego krzyża.
-Alice...boże...nie...nie !
Dziewczyna nie oddychała...nie było nic co mógłby zrobić...nie żyła...wylewał gorzkie łzy nad jej ciałem, wtedy jeszcze nie wiedział co tak naprawdę go czeka.
No niezłe niezłe... W sumie moim zdaniem o wiele lepiej brzmią te amerykańskie imiona typu Rosh i Alice niż Robert i Ala, tylko, że autor się wpakował pisząc, że akcja dzieje sie w polsce i teraz to ograniczenie Ale da sie przeżyć.
Ogólnie pisane fajnie, przystępnym językiem itp. Tylko kilka elementów mnie zirytowało. Nie wiem jak chcesz rozwinąć kwestie gościa w czerni i miecza, ale jak to czytałem nie mogłem powstrzymać się od skojażenia z jakimś Zorro Co raczej wywołało u mnie uśmiech No i trochę naciągane mi się wydało to wzajemne wyznanie gdy ten miał naciętą rękę - tj. chodzi mi o komentarz "przynajmniej wreszcie mnie zauwarzyłaś" oraz następne wyznania i refleksje - jak ktoś leży ranny na ziemi to chyba nie miejsce na takie tego No i jednak trochę przewidywalne momentami - szczególnie końcówka. Wiem, że się czepiam - moje opowiadanie pod tym względem było o wiele gorsze, ale ja tak już mam więc niech mi to zostanie wybaczone
Ogólnie ciekawe, najlepsze jest to że czyta się nawet dobrze.
_________________ "Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów." - Stanisław Lem.
Wiek: 23 Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 53 Skąd: Kingdom of Heaven
Wysłany: 06-06-2005, 19:55
Rzym-Watykan, 5 dni później...
W wielkim białym pałacu biskupów, każdy nawet najmniejszy dzwięk rozchodził się głośnym echem, każdy krok, każdy szep był doskonale słyszalny, jednak jak na kwaterę duchownych przystało panowała absolutna cisza i spokój.
Młody, ubrany w czarny habit męzczyzna spokojnie szedł jednym z obszernych, wystrojonych korytarzy. Był szczupły, blady z wyrazistymi rysami twarzy, a brak tradycyjnego katolickiego wystroju na jego odzieniu pozwalał twierdzić iż nie zajmował on wysokiej pozycji. Bez pośpiechu, starając się nie robić niepotrzebnego hałasu, mijał kolejnie obrazy i starannie wykonane wazoniki, by wreszcie zatrzymać się pod dużymi, drewnianymi drzwiami.
-Puk, Puk..., rozległo się echo po całym pałacu, kapłan zaczekał chwilę po czym otrzymał odpowiedz...
-Si...?
-Padre, Sono io...
Wielkie drzwi lekko zaskrzypiały i odchyliły się do tyłu, młodzieniec otworzył je szerzej i wstąpił do środka.
-Aaa, Bongiorno Luigi.
-Bongiorno Padre..., młody kapłan ukłonił się i ponownie w języku włoskim pozdrowił starszego i z pewnością wyższego rangą księdza, typowym chrześcijańskim pozdrowieniem.
Starszy mężczyzna zmarszczył czoło a jego wyraz twarzy stał się powarzniejszy, usiadł na swoje łóżko, a następnie zmienił zarówno ton głosu, jak i język.
-Proszę chłopcze, podejdź bliżej ale zanim to zrobisz zamknij drzwi, nie chcemy aby inni kapłani nas usłyszeli.
-Oczywiście ojcze...
Luigi zamknął drzwi na klucz a następnie przeszedł przez połowę pokoju, chociaż był już tu wiele razy, to za każdym następnym razem pomieszczenie wywoływało u niego dreszcze. Był to mały pokoik, z jednym mało co przepuszczającym światło oknem, scian nie podpierały żadne półki było tylko łóżko kapłana, małe biurko, oraz dziesiątki...setki nawet makabrycznych fotografi oraz wycinków z gazet. Zdjęcia przedstawiały głównie motyw śmierci, setki śmiertelnych ofiar zarówno kobiet jak i mężczyzn, różnorodne artykuły opisujące straszliwą śmierć jaką musieli doświadczyć ludzie, których opisywano. Sciany były nimi tak bardzo zakryte, że można było pomyśleć iż ojciec używa ich jako tapet. Sceny tortur, nacięć, przypaleń, wyrywanych zębów, bicia, na zdjęciach przyprawiały Luigiego o gęsią skórkę, tym bardziej, że zdawał sobie sprawę z tego iż było one autentyczne.
-Miło, że przyszedłeś Luigi, jak mozesz się domysleć nie mam tutaj wielu gości, proszę usiądź.
-Nie dziękuję ojcze...postoję...
Starszy kapłan ironicznie uśmiechnął się i spytał młodzieńca:
-Brzydzisz się mną prawda ? Jestem stary i wyglądam jak wrak o to ci chodzi ?
Luigi oblał się potem i wyprostował z wyraźnym strachem na twarzy, a następnie rzekł:
-N...Nie...skąd że, oczywiście, że nie...
Starzec znów się uśmiechnął i nie patrząc na niego powiedział:
-Ale ja jestem stary...jak dożyjesz 90 lat też tak będziesz wyglądał nie martw się hihihi...
Po chwili twarz kapłana całkowicie się zmieniła, wyraz lekkiego żartu zmienił się w śmiertelną powagę.
-Nie przyszedłeś tutaj chyba żeby pożartować...masz jakieś wieści...?
-Właśnie z tym do ciebie przychodzę ojcze, powiedział Luigi a następnie podał kapłanowi kilka stron kolorowego papieru.
Ksiądz wziął papier w swoje trzęsące się ręce, a po założeniu leżących uprzednio na biurku okularów na nosie zaczął po cichu czytać:
"Trybuna Śląska"
Było to wydanie trybuny śląskiej, lokalnej, Polskiej gazety, wydawanej w odpowiednim regionie. Wnioskując po dacie w górnym rogu można było wywnioskować, że było to wydanie sprzed 4 dni. Na pierwszej stronie rozciągało się wielkie niepokojące zdjęcie. Była to fotografia z miejsca zbrodni, ukazywała zakrwawione ciało młodej dziewczyny. Ksiądz otworzył gazetę na drugiej stronie i powoli zaczął czytać artykuł do zdjęcia:
"Brutalne morderstwo w Podkatowickim miasteczku"
-"Jak donoszą ekskluzywne żródła, wczoraj wieczorem w miasteczku "Złota Nadzieja" pod Katowicami doszło do makabrycznej zbrodni. Zamordowane zostało małżeństwo Piotr i Klaudia R. oraz ich 19 letnia córka, ciała zostały odkryte przez, jak podejżewa nasz korespondent jedynego świadka tego barbarzyńskiego zdarzenia. Komendant policji złotej nadzieji podał wpradzie, że popełniono zbrodnię, lecz nie chciał poinformować nas o jakichkolwiek szczegółach. Dziennikarzom Trybuny śląskiej udało sie jednak zrobić zdjęcie z miejsca zbrodni oraz ustalić, ze wszystkie ofiary zmarły w skutek wykrwawienia spowodowanego nacięciami na skórze, zadanymi ciężkim, ostrym narzędziem. Narazie nie widomo nic, ani o swiadku, ani o sprawcy morderstwa, pewne jest jedno: morderca jest na wolności, prawdopodbnie uzbrojony i niezwykle niebezpieczny. Niewiadoma jest także sprawa ofiar, z anonimowego żródła dowiedzieliśmy się, że rodzina R., żyła pod sfałszowanym nazwiskiem, być może chciano się ukryć przed sprawcą, ich prawdziwa tożsamość pozostaje jednak nieznana."
-...A więc w końcu...w końcu ją odnalazł..., rzekł starzeć kiedy wreszcie otrząsnął się z tego co własnie przeczytał.
-...Ojcze co to oznacza...?
-Jesteś pewien, że to ta dziewczyna ? Że to ona była ostatnią z lini krwi ?
-Na to wygląda...
-A więc był jakiś świadek...to zdarza się mu pierwszy raz...
-Co mam zrobić ojcze ?
-Jedź tam, powiedz ojcu Pablo aby dał ci odpowiednie pieniądze, musisz odnaleźć tego swiadka a kiedy to zrobisz dopilnuj aby nikomu nie mógł się wygadać...
-Ale ojcze...jeśli ta dziewczyna naprawdę była ostatnią przedstawicielką lini krwi, to czy mamy się czego obawiać ?
-Może być jeszcze jeden...będę się modlił abym nie miał racji...a teraz ruszaj, nie będę uznawał porażki...
-Tak ojcze...
Luigi opuścił pokój, oparł się o scianę i otarł pot z czoła, chciał w tej chwili tylko się położyć i zapaść w długi sen, wiedział jednak, ze odpocząć będzie mógł dopiero w pociągu.
_________________ What dosent kill you makes you stronger !
Ostatnio zmieniony przez Metratron 06-06-2005, 20:04, w całości zmieniany 1 raz
Nom, niespodziewany zwrot akcji Ciekwe, ciekawe... tylko... nie odbierz tego źle - tu chodzi tylko i wyłącznie o moje osobiste odczucia - znowu coś o religii? w dodatku chrześcijańskiej??!! Oby to jakoś przeszło
_________________ "Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów." - Stanisław Lem.
w Katowicach masakra!! To niedaleko mnie:p a ja nic o tym nie wiem powiem ze całkiem ciekawe
_________________ "Bombs are flying.
People are dying.
Children are crying, politicians are lying, too.
Cancer is killing.
Texaco's spilling.
The whole world's gone to hell, but how are you?"
Wiek: 23 Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 53 Skąd: Kingdom of Heaven
Wysłany: 08-06-2005, 18:36
zpital świętego Łazarza, "Złota Nadzieja".
-Panie doktorze jak on się czuje ?
-Cóż...jest niewielka poprawa i udało nam się nawiązać z nim kontakt.
-Dzięki Bogu...
Pulchna kobieta podparła się na ramieniu męża i westchnęła, oboje stali na środku białego, sterylnego gabinetu, pełnego różnych lekarstw, recept i akt pacjętów, typowych dla pokoju szpitalnego.
-A więc może już iść do domu ?, zapytał mężczyzna.
-Możemy go wypisać, tak..., jednak nie jestem pewien czy dom będzie odpowiednim miejscem dla niego w tym wypadku.
-Jak to !?, podniosła głowę kobieta w oburzeniu.
-Proszę się uspokoić, ja jak i cały personel szpitala chcemy tylko dobra pani syna.
Lekarz powoli wstał z krzesła i chwycił zdjęcia rendgenowskie, wiszące na tablicy świetlnej, poprawił okulary na nosie a następnie zaczął mówić jakby do sciany.
-Jak już państwo wiedzą, jego organizm nie odniósł żadnych mechanicznych uszkodzeń, tak jak i funkcje umysłowe...
-A więc w czym problem ?
-Hmmm...jakby to ująć...?... chłopak przeżył coś w rodzaju szoku, jak zostałem poinformowany coś go z tą dziewczyną łączyło, miałem do czynienia już z takimi przypadkami, można powiedzieć, że zamknął się w sobie, widok śmierci musiał być przerażający, ale to także strata bliskiej osoby, proszę sobie wyobrazić rybę, która zostaje wyciągnięta z wody, nie może się ruszać, pływać...zabrano jej najważniejszą rzecz w życiu...powoli się izoluje i w konsekwencji...
-Umiera...?
-Stan państwa syna nie jest aż tak poważny, prosze się nie martwić, uwarzam tylko, że nie powien wracać w tej chwili do domu, ale nie powinien także zostawać w szpitalu i izolować się od społeczeństwa.
-A więc co pan proponuje ?
-Jeśli się nie mylę to Liceum właśnie skończyło rok szkolny, niech państwa syn gdzieś wyjdzie, może...do rodziny w jakieś ruchliwe ale jednocześnie spokojnie miejsce, które nie będzie mu przypominało o tym zdarzeniu, dobrze by było aby miał z kim porozmawiać, najlepiej z kimś wesołym, tak jak mówiłem, z rodziny.
-Co ty na to kochanie ?, zapytał żonę mężczyzna.
-To wydaje się być najlepsze rozwiązanie...
-W porządku wiem nawet gdzie może pojechać, muszę tylko gdzieś zadzwonić, a ty idź z nim porozmawiaj.
W tym momencie mężczyzna wyszedł z gabinetu a kobieta wraz z lekarzem tuż za nim.
Pomimo tego iż szpital świętego Łazarza był świetnym, nowoczesnym i dobrze wyposarzonym instytutem nie można było się uchronić od widoków zwykłego, tradycyjnego szpitala. Chorzy, czasami umierający ludzie zostawiali głębokie ślady na psychice. Chłopak leżący w swoim pokoju i wpatrujący się tępo w okno, jakby chciał zobaczyć mały punkt na horyzoncie nie znał żadnego człowieka który lubił by szpitale, w takim miejscu nie trudno było o depresję. Jego wyobrażnia jeszcze pogarszała sprawę, szpital który miał służyć jako schronienie dla rannych i chorych był dla niego symbolem zła i niesprawiedliwości na tym świecie, w takich warunkach często zadawał sobie pytanie o miejsce Boga...czasami myślał, że zbyt często. Ostry, stęchły zapach leków, jęki dzieci nie chcących być kłutymi igłą, przypominały mu sceny z najgorszego horroru, w chwilach takich jak ta zdawał sobie sprawę, ze najbardziej na świecie nienawidzi szpitali. Chłopak zmęczony wyprostowanym siedzeniem położył się na łóżko i oparał głowę o poduszkę, chciał w tej chwili tylko zasnąć, nie czuć już atmosfery wszechobecnego bólu i cierpienia, ale równocześnie bał się...bał się zamknąć oczy, kiedy tylko ciemność ograniała jego umysł, znów wracały makabryczne wspomnienia, ciało...krew...odciski na scianie...ten mężczyzna z mieczem...nie chciał tego wszystkiego pamiętać, ale było tak jakby wspomnienia same go odnajdywały. W swoich snach...w swoich koszmarach, widział tego człowieka, czy będzie musiał podzielić los ukochanej...? żyć w ciągłym strachu ?, bać się walczyć, ale jednocześnie siedzieć na krawędzi gdy nie ma ucieczki ? . Nie miał się nawet do kogo odezwać, a nawet gdyby miał współlokatora nie był w stanie nawiązać rozmowy, przecież jak mógłby rozmawiać, o kimś kto nie chciał aby go odnaleziono.
Rosh usłyszał cichy głos za plecami, obrócił się i zobaczył najbardziej znajomą na świecie twarz, zmartwioną, ale pełną nadzieji, jego matka...
-Mamo...
Kobieta usiadła na stoliku stojącym przy jego łóżku i popatrzyła mu w oczy, Rosh jednak wpatrywał się w swą kołdrę, jakby nie chciał zobaczyć wyrazu jej twarzy, fakt, że ją zasmuca i nie może nic na to poradzić, jeszcze bardziej go zniechęcał.
-Jak się czujesz ?
-Jakoś...
-Ahh...przyniosłam ci coś...ciasto jagodowe Babci, upiekła specjalnie dla ciebie, kazała przeprosić, że nie mogła cię dzisiaj odwiedzić, ale miała ważną sprawę, chcesz kawałek ?
Rosh nie miał w tej chwili ochoty na nic, chciał tylko spać...uwolnić się od wszystkiego, ale szpitalne jedzenie było o tyle ochydne, że nie mógł odmówić małego kawałka.
-Poproszę, powiedział chłodno.
Matka chłopca wyciągnęła z torebki mały nóż i nie przestając kroić ciasta zaczęła mówić.
-Rozmawialiśmy przed chwilą z lekarzem, powiedział, że zrobią jeszcze podstawowe badania krwi i kilka innych, a jeżeli szybko pójdzie to będziesz mógł nawet dzisiaj wieczorem wyjść do domu, wspaniale prawda ?
Rosh nie mógł powiedzieć, ze spadł mu kamień z serca kiedy usłyszał tę wiadomość, wprawdzie nienawidził tego miejsca, ale co miałby robić w domu ? czuł, że nawet jego ulubione gry komputerowe nie będą w stanie odgonić złych myśli, bał się, że znów obudzi się z krzykiem tak jak dzisiejszej nocy, ale tym razem rodzice go usłyszą. Co by powiedzieli, że jest chory ?...Nienormlany...?
-Tak, wspaniale..., odrzekł.
W międzyczasie woń świeżego ciasta wypełniła cały pokój, Rosh dziękował Bogu, że może poczuć wreszczie coś co nie pachnie jak leki.
-Smakuje ?
-Pyszne..., odpowiedział, po czym lekko się uśmiechnął a jego matka poczuła, że jest to szczery uśmiech, pierwszy raz odkąd tutaj trafił.
Właśnie w tej chwili do pokoju wbiegł zdyszany mężczyzna, jego ojciec.
-Hej Rosh.
-Cześć tato...
Męzczyzna spojżał w podkrążone, oczy chłopca i ubolewal nad jego strasznie bladą cerą, jednak po chwili znów się uśmiechnął i rzekł:
-Mam dwie wiadmości, nie możesz wybierać którą chcesz pierwszą bo obie są dobre.
-Rzeczywiście...?, zapytał jakby od niechcenia Rosh.
-Jasne, pierwsza to, ze po drodze spotkałem lekarza, nie ma dzisiaj dużych kolejek po badania, także będziesz już mógł wyjść dzisiaj do domu.
-A druga...?
-Załatwiłem ci wakacje, jedziesz do Nefrytbergu !
-Co ? Jak to !?, zapytała zdziwiona matka.
-A no tak to, właśnie dzwoniłem do Williego, powiedział, że nie ma sprawy, Rosh, moze przyjeżdzać nawet jutro, jest gdzie spać, atrakcji pod dostatkiem...aaa...i jeszcze coś...
W tym momencie mężczyzna schylił się aby szeptać synowi do ucha.
-...Jak tylko Nicki dowiedziała się, że przyjeżdzasz oblała się czerwienią dojżałego buraka i pobiegła do sklepu po tonę kosmetyków i perfum...hehhehh...
Nefrytberg...Rosh dobrze znał to miejsce, było to dosyć duże miasto na zachodzie Niemiec, mieszkała tam siostra jego ojca Beata, razem ze swym mężem i trójką dzieci, dwoma chłopcami i dziewczyną. Można powiedzieć, że miasto było atrakcją turystyczną był tam park rozrywki, piękne jezioro oraz wielki 4 gwiazdkowy hotel. Chłopak już raz spędzał tam wakacje, najlepsze w jego życiu, śmiał się, bawił, mógł używać bogatego, Niemieckiego życia którego tak brak w jego rodzinnym kraju. A Nicki...cóż, jest najstarszym dzieckiem jego ciotki, a więc jego kuzynką, pomimo tego, wszyscy wiedzą, że była nim zauroczona...moze nawet zakochana, zawsze kiedy była w jego pobliżu czerwieniła się, chciała dla niego gotować, mówiła mu miłe rzeczy...Rosh'owi to w pewnym stopniu imponowało, ale nie mógł na małą dziewczynkę i w dodatku kuzynkę patrzeć jak na prawdziwą kobietę. To było 5 lat temu, wtedy widział ją poraz ostatni, przez ten czas nie raz łapał się na tym, ze myślał o niej, wiele razy wysyłali sobie e-maile wymieniając zdarzenia ze swego życia codziennego, teraz będzie już miała 15 lat...
-(15 latki są już całkiem rozwinięte..., było by nieźle gdybym mógł zobaczyć ją w stroju kąpielowym...boże o czym ja myślę, ona jest o 5 lat młodsza i w dodatku moja kuzynka...jestem chory czy co...?), mamrotał w głowie Rosh.
-Rosh...nic ci nie jest...?
Głos jego matki przerwał myśli.
-Nie nic..., odpowiedział.
-Jeżeli nie chcesz jechać to nie musisz...
Rosh uśmiechnął się lekko, wyglądało na to jakby już podjął decyzję.
-Pojadę, ale pojadę sam...potrzebuję trochę czasu dla siebie.
-A więc ustalone ! , już jutro pójdę kupić bilet, powiedział ojciec.
-Rosh, czas na twoje badania !
W drzwiach stała młoda pielęgniarka, rodzice pożegnali syna a ten ze zrezygnowaną miną udał się wzdłuż korytarza.
Katowice, dworzec główny, 4 dni później...
-Jesteś pewien, ze masz wszystko ?
-Tak mamo...
Rosh, stał przy wejściu do pociągu, na zatłoczonej stacji kolejowej, wielu różnych ludzi zajętych swoimi sprawami mijało go, a on chociaż wciąż był pogrążony w smutku, znów jak za dawnych czasów starał się jak rasowy dziennikarz rozgryść życie każdego z nich tylko poprzez patrzenie w ich oczy.
-Tylko nie jedz za dużo w pociągu bo znów będziesz wymiotował.
-Ludzie...ja mam 20 lat a wy traktujecie mnie jak dziecko...
-Tak...wiem, uśmiechnął się Rosh, a pociąg zaczął powoli ruszać.
-Powodzenia synu !, krzyczeli rodzice na pożegnanie, Rosh nie chciał aby się martwili, ale musiał teraz być sam, przynajmniej na chwilę, może Nefrytberg okaże się odpowiedzią na wszystkie jego pytania.
_________________ What dosent kill you makes you stronger !
Cóż mogę powiedzieć. Chyba na razie najciekawsze opowiadanie na forum Ale nadal kilka kwestii trochę dziwnych... A właściwie jedna taka - gość po takim szoku psychicznym myśli o piętnastolatkach w stroju kąpielowym?
_________________ "Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów." - Stanisław Lem.
Suavek napisał/a: gość po takim szoku psychicznym myśli o piętnastolatkach w stroju kąpielowym?
no mnie tez to troche zdziwiło0 , ale w sumie jest nieźle
_________________ "Bombs are flying.
People are dying.
Children are crying, politicians are lying, too.
Cancer is killing.
Texaco's spilling.
The whole world's gone to hell, but how are you?"
Wiek: 23 Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 53 Skąd: Kingdom of Heaven
Wysłany: 10-06-2005, 21:17
-Hmmmm....coś mi tu nie gra...
-...Co się stało panie doktorze czy moge już wreszcie iść ? jutro muszę jechać do Wrocławia po wyniki...
Wyraźnie poirytowany Rosh stał na środku gabinteu lekarskiego doktora, który wcześniej rozmawiał z jego rodzicami. Lekarz odwrócony do niego plecami z wielkim zdziwienien wpatrywał się w kilka zapisanych komputerowym drukiem kartek papieru. Chłopak miał już dosyć ochydnego odoru szpitala i oglądania cierpienia innych, chciał już tylko znaleźć się w domu i porządnie się wyspać przed jutrzejszą podróżą do Wrocławia.
-Tak...rozumiem, że się śpieszysz ale z tymi wynikami naprawdę jest coś nie tak...
-Nie rozumiem...
-No cóż..., mam tu porównania aktualnych wyników i tych zapisanych na twojej karcie zdrowia, według poprzednich wyników twoja grupa krwi to "A"...
-Właśnie tak jest...
-Dokładnie, ale z tego co widzę w aktualnych wynikach masz grupę krwi "0" i to bardzo rzadką odmianę tej grupy...
Rosh wyglądał na bardzo zdziwionego, zadawał sobie w głowie pytanie: Jak jego grupa krwi mogła zmienić się i to zaledwie w ciągu miesiąca ?
-Jak to...?
-W twojej krwi jest wyjątkowo duża liczba przeciwciał, ich struktura jest taka sama jak u każdego innego człowieka, jest ich poprostu więcej, ciaśniej ułożone, z większa odpornością, ludzie posiadający tę odmianę grupy "0" są zwykle wyjątkowo odporni na choroby, ich rany goją się znacznie szybciej nie mówiąc już o większych zdolnościach do wysiłku fizycznego, czasami stosuje się nawet selekcję tej grupy krwi, mają ją sportowcy, elitarni wojskowi...
-Ale...ja nigdy taki nie byłem, zawsze byłem średni z WF'u no i nie moge powiedzieć, ze sklaeczenia szybko się goiły...
Lekarz odłożył papiery na biurko i wciąż nie odwracając się kontynuował:
-Nie dziwię się, w końcu nie można racjonalnie wytłumaczyć zmiany grupy krwi tak poprostu, prawda ? Pewnie któraś z pielęgniarek pomyliła wyniki, jak już sam zauwarzyłeś nie masz czasu się tym teraz zajmować, wszystkie twoje pozostałe wyniki są w absolutnej normie, niepokoją mnie jeszcze tylko te plamy na twoim braku...
-Plamy...?
Chłopak podszedł do Lustra, które lekarz miał w gabinecie i przyjżał się swemu odbiciu, rzeczywiście na jego barku było kilka czarnych plam, wyglądało tak, jakby czymś się ubrudził, smarem lub farbą. Nerwowo przejechał poślinionym palcem po zabrudzonym miejscu jednak plamy nie dało się zmyć, ewidentnie były częścią skóry. W tym samym momencie cos sobie przypominał, widział już coś podobnego. W tym samym miejscu gdzie teraz były czarne plamy Alice miała swój tatuaż, znów wróciły do niego straszliwe wspomnienia, głowa zaczęła go boleć, a blizna na ręce piec.
-P...Panie doktorze...źle się czuję...panie doktorze...!?
Lekarz nie odpowiadał stał w rogu pomieszczenia jak słup soli, Rosh podszedł do niego i chwycił go za bark.
-Doktorze...aaaaaaaaaaaaahhhhhhhhhhhhhh !
Doktor obrócił sie w jego stronę, ale to co ujżał było jak scena z makabrycznego horroru, twarz lekarza była zakarwawiona, z policzków zwisały mu kwałki skóry i mięśni twarzy, a jego oczy były pozbawione źrenić. Powoli, chwiejnym krokiem, bez wyrazu twarzy, niczym lalka gumowa zblizał się w kierunku chłopaka, na każdy zrobiony przez niego krok w przód Rosh robił krok w tył, był przerażony, to co widział nie mogło dziać się naprawdę, było tak jakby znalazł się w samym środku koszmaru. Szybko obrócił się w zamiarze ucieczki, przypadkowo spojżawszy w lustro, zobaczyl swoje odbicie które napawało go strachem, teraz on sam miał zakrwawioną twarz, wyglądał jak żywy trup, przyglądał sie bez ruchu jak jego skóra pada na podłogę zostawiając nagie mięśnie na kościach, jego oczy zaczęły się upłynniać niczym zmiażdżony owoc i po chwili widział już tylko czarne oczodoły.
-Boże...co tu się dzieje...?
Szybko wybiegł z gabinetu chcąc jak najszybciej wydostać się ze szpitala, niestety, korytarze wyglądały jeszcze gorzej, sciany pulsujące krwawym mięsem, zardzewiałe wózki inwalidzkie których koła wciąż się ruszały i wszędzie ochydny zapach śmierci. Wszędzie krew, wszędzie trupy, wśród dziesiątek ciał Rosh rozpoznał znajome twarze.
-Nie tylko nie wy...
Straszlwia sceneria nie miała końca, cały świat chłopaka zawalił się w jednym momencie, martwy Mat, martwi rodzicie Alice, martwi jego rodzice. Było tylko kwestią czasu kiedy poraz drugi zobaczył makabryczny widok swojej ukochanej: Martwa Alice.
-Nie..Nie...Alice...Nie !
Krzyczał z całych sił, płakał, chciał aby ta tortura wreszcie się skończyła, nagle poczuł jakby coś złapało go za pas, poczuł się lekki, otoczenie zaczęło blednąć, słyszał swój własny głos.
-Alice...nie...proszę...nie zostawiaj mnie, Alice !
Chłopak gwałtownie otworzył oczy i zerwał się na równe nogi, ciężko dyszał a jego ubrania były zlane potem, rozejżał się wokół, a po chwili stwierdził, że jest w znajomym przedziale pociągu i że nie jest sam. Na przeciwległym siedzieniu wpatrywał sie na niego młody, wychudzony męzczyzna, oboje patrzyli sobie w oczy przez chwilę, mężczyzna chcąc wybrnąc z kłopotliwej sytuacji pierwszy otworzył usta.
-Przepraszam...mam nadzieję, że to nie ja pana obudziłem...
-...
Rosh wciąż był w szoku, jeszcze przed chwilą był w tym koszmarnym szpitalu, a teraz stoi w zwykłym przedziale, za oknem było już ciemno a lampa wydawała głosne dzwięki co było charakterystyczną cechą Polskich pociągów.
-Muszę pana przeprościć jeszcze za coś innego..., powiedział odrobinę zakłopotany mężczyzna.
-...
-Mam nadzieję, że nie ma mi pan za złe, że się dosiadłem, ale wszystkie pozostałe przedziały były już zajęte, a pan na poczatku tak spokojnie spał...nie miałem serca pana budzić...
Wyglądało na to, ze Rosh trochę się otrząsnął:
-(To był tylko sen, dzięki Bogu...), pomyślał.
Siadajac znów na swoje miejsce odpowiedział mężczyźnie:
-Nie musi pan przepraszać...chociaż teraz żałuję, że pan mnie nie obudził...
-Mogę sobie wyobrazić, bo spał pan bardzo długo a po jakimś czasie był pan niezwykle niespokojny, koszmar ?
-Chyba najgorszy jakim miałem w życiu...głowa boli mnie tak jakby miała zaraz wybuchnąć...
-Ma pan szczęście, że nikt pana nie obrabował, albo zrobił coś gorszego, to jest w Polskich pociagach na porządku dziennym.
-Zdaję sobie sprawę, ale byłem tak zmęczony że oczy dosłownie się kleiły. Wie pan może gdzie jesteśmy ?
-Zbliżamy się do granicy, niedługo powinna byc kontrola paszportowa.
-Aha..., odpowiedział zdawkowo wciąż zmęczony Rosh.
-Aaaa...nim zapomnę: Gratulacje !
Chłopak zrobił zdziwioną minę, nie miał pojęcia czego ten nieznajomy moze mu gratulować.
-Słucham ?
-Oh...proszę mnie źle nie zrozumieć, kiedy pociąg jechał trochę szybciej ta karta spadła z pociągowego stolika, powiedział wskazując palcem na rozkładany mały stolik pod oknem, również tradycyjny element Polskiej kolei.
Rosh spojżał na stolik, dopiero teraz przypominał sobie, że zaraz po wejściu do przedziału położył na stole dwie kartki: Wyniki jego badań oraz potwierdzienie dostania się na pierwszy rok wydziału dziennikarstwa na uniwersytecie Wrocławskim, pamiętał jak dostał te kartkę od kobiety w sekretariacie, pomimo, że był o krok od spełnienia swych marzeń nie mógł się cieszyć, wciąż myślał o Alice. Ponownie wziął wyniki badań do rąk i zauwarzył, że jego sen nie był całkowicie fikcyjny, wszystko do momentu w którym zaczęły się te groteskowe zdarzenia działo się naprawdę, na jego braku były dziwne czarne plamy, a jego grupa krwi według badań to rzeczywiście niezwykle rzadka "0" i ani lekarz ani personel szpitala nie mogły tego wyjaśnić, obiecał sobie, że po przyjeździe do Nefrytbergu zrobi kolejne badania tym razem w specjalnistycznej, Niemieckiej przychodni.
-Proszę pana...?
Chłopak znów został wyrawny jakby z transu, czuł na sobie sceptyczny wzrok jego sąsiada z przedziału.
-Tak...?
-Wyglądał pan przez chwilę jakby coś pana trapiło, może mógłbym pomóc ? Można powiedzieć, że moim zawodem jest rozwiązywanie problemów.
-Tak ? Jest pan detektywem ?
-Hahaha, można tak powiedzieć, jest duchowym detektywem, męzczyzna śmiał się a Rosh nie bardzo wiedział o co mu chodzi.
-Uniwerstyet Wrocłwawski to bardzo dobra Uczelnia, sam tam studiowałem, ale nie było mi dane ich ukończyć, resztę nauki kontynuowałem w Rzymie.
-W Rzymie ? Słyszałem, ze to przepiękne miasto, ale jeszcze nigdy w nim nie byłem...
-Proszę pojechać, jeżeli ma pan ambicję to nawet na studia, moze pan zrobić jako dziennikarz 3 lata we Wrocławiu i 2 lata w Rzymie, chociaż jest trudno, ale warto, Włoscy reporterzy zarabiają tam naprawde wiele.
-Wyobrażam sobie..., odpowiedział flegmatycznie, w normalnych warunkach byłby zachwycony takim partnerem do rozmowy, widac było, że chodź ten mężczyzna wyglądał trochę marnie, był on bardzo mądry i wiele wiedział, ale po tym co Rosh przeżył nikt nie mógł mu się dziwić, że nie miał ochoty na tego typu konwersację.
-Hej...jak na dziennikarza to jest pan trochę mało mówny...cóż...radzę panu spróbować w Rzymie, tam to dopiero sprawdza się teza, że studia to najlepszy czas w życiu, nawet dla studentów Teologi takich jak ja.
W tej chwili było tak jakby chłopcu ktoś wylał na głowę kubeł zimnej wody.
-Jest...pan księdzem !?
-A co ? Nie wyglądam ?
-...Jeśli mam być szczery: Nie., Mężczyzna rzeczywiście nie wyglądał na księdza, nosił ciężkie czarne buty,skórzane spodnie, oraz równie czarną kórtkę.
-No dobrze, proszę oto dowód.
Ksiądz rozpiął górny guzik swej kurtki i pokazał palcem na kark, rzeczywiście, z tła czarnej koszuli wyróżniała się biała koloratka.
-Nie spodziewałem się tego...
-Haha, często to słyszę, no ale skoro już wiemy, że ja jestem księdzem, a pan studentem to chyba powinniśmy przejść na "Ty" przecież jest pan...to znaczy ty jesteś tylko kilka lat młodszy. No więc mam na imię Luigi, Luigi Pereira.
-Robert Michnik...ale wszyscy mówią na mnie Rosh.
-No więc miło mi cię poznać Rosh, a więc możesz mi powiedzieć do kąd jedziesz ?
-Do rodziny w Nefrytbegu...chyba potrzebuję trochę urlopu...a ty...ojcze ?
-Haha przywykłem do nazywania mnie "Padre", chociaż święcenia otrzymałem dopiero 2 lata temu, hhhmmm...jakby tu ująć, ja właśnie wracam z Polski, szukałem tam...kogoś...
Nagle twarz Luigiego zupełnie zmieniła wyraz, stał się powarzny, zamyślony, w jego oczach można było zobaczyć nawet odrobinę strachu.
-I...? Znalazłeś go ?
-Nie...Nie znalazłem...eee...tam pogadajmy o czymś innym ! Ważne jest, że teraz wracam do Rzymu na moją...parafię, wysiadam w Berlinie więc chyba przed tobą, będziemy tam za dwie godziny, może jeszcze trochę pogad...
Zanim Luigi skończył drzwi przedziału otworzyły się, po czym stanął w nich wąsaty konduktor i powiedział głośnym tonem:
Obaj mężczyźni sięgneli do kieszeni i pokazali konduktorowi paszporty, całą resztę drogi Luigi opowiadał Rosh'owi o życiu na studiach, ciekawe było to, iż ojciec wspomniał o wystawie w muzeum Nefrytbegu która miała dotyczyć średniowiecznych zakonów którymi Rosh bardzo sie interesował, konwersację ciekawą chodź dosyć jednostronną przewała wiadomość konduktora o dojechaniu do stacji "Berlin zachodni", w tej chwili Luigi pożegnał się i dodał młodzieńcowi jeszcze kilka chrześcijańskich rad, po wyjściu z pociągu jak najszybciej skierował się do budki telefonicznej i jakby bojąc się, ze ktoś moze go zobaczyć ukradkiem wcisnął klawisze...
-Tiiiiiittt...ttttiiiiittttt..., po chwili sygnał ustał i w słuchawce usłyszał głos kobiety:
-Si ?
-Padre Pablo, odpowiedział krótko, chwilę później znów usłyszał sygnał, a później głos starszego mężczyzny.
-Si ?
-Ojcze...znalazłem go...
-Jesteś pewien, że to on ?
-Jeszcze nie do końca ojcze, ale wygląda na to, że to on i że został już naznaczony, prawdopodobnie miał kontakt z dziewczyną...
-...W takim razie nie możemy tracić czasu, upewnij się, że nie dowie się jak, ani czym się stał, a jeżeli będziesz miał pewność, że to on, wiesz co masz zrobić.
-Tak ojcze, jak tylko bedę wiedział coś nowego, odezwę się.
W tym momencie Luigi odłożył słuchawkę i z mieszanymi wyrazami uczuć na twarzy udał się w kierunku kasy biletowej.
Rosh przez całą resztę drogi nie miał się do kogo odezwać, co nie znaczyło, że miał na to ochotę, próbował uchronić się do czarnych myśli pisząc kolejne ze swoich opoiwadań. Kiedy od przyjazdu do Berlina minęła 6 godzina konduktor krzyknął wzdłuż korytarza:
-Następna stacja: Nefrytberg.
Chłopak zabrał cały swój bagaż i czekał na korytarzu, wreszczie pociąg się zatrzymał, a on wyszedł na zewnątrz, odrazu zobaczył znajomą, małą stację kolejową, był znowu w Nefrytbergu.
_________________ What dosent kill you makes you stronger !
Cóż... aby się nie powtarzać że bardzo fajne opowiadanie to weź nam powiedz, ty to opowiadanie masz już napisane i zamieszczasz tylko kolejne części czy piszesz na bierząco? I jak długie planujesz aby opowiadanie było?
_________________ "Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów." - Stanisław Lem.
Bartol [Usunięty]
Wysłany: 10-06-2005, 23:30
Aż zajrzałem do Twojego profilu Metratron. No i wiem wszystko - zainteresowania: literatura Skąd czerpiesz inspiracje?? Heh nie wierze żebyś pisał na bierząco. Jeśli tak to podziwiam
Wiek: 23 Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 53 Skąd: Kingdom of Heaven
Wysłany: 11-06-2005, 12:14
Cóż pisanie od mniej więcej 2 lat jest chyba moim największym zainteresowaniem, mam na kompie jeszcze inne opowiadanka, ale to są moje początki i jak tak teraz je czytam to wydają mi się poprostu:
Teraz to już jako tako piszę, ale jeszcze muszę się BARDZO WIELE nauczyć, miałem małą przerwę, a właściwie dużą, ponieważ w roku szkolnym miałem wiele pracy i za bardzo czasu nie miałem na ładowanie się w wielotomowe opowiadania, teraz zblizają sie wakacje więc podjeżewam, że to nie będzie jedyne opowiadanko jakie wam zaserwuję.
Co to "Dziedzica Krwi" to piszę go na bieżąco, zwykle mam dużo czasu na rozmyślanie, głównie w wannie, łóżku albo podczas długiej drogi do szkoły, a z wyobraźnią nie było u mnie problemu nigdy, inspirację czerpię ze wszystkiego, nawet czasami z wydarzeń ze swojego życia, oczywiście nie zdradzę wam z których bo to już by naruszało moją BARDZO PRYWATNĄ SFERĘ INTYMNĄ jeśli rozumiecie o co mi chodzi .
Co do długości to jeszcze nie wiem dokłdnie wiem natomiast, że akcja się będzie nie raz jeszcze obracać o 180 stopni, no i myslę, że nie opowiedziałem nawet 1/15 całej historii Rosh'a także przygotujcie się na coś wybuchowego :wink:
[ Dodano: 2005-06-13, 21:27 ]
Rosh rozejżał się wokół. Te same ławki, pomieszczenia, nawet ci sami pracownicy, nic w ciągu tych 5 lat się tutaj nie zmieniło. Nefrytberg nie był koniecznie miejscem, w którym mógł przeżyć swoje upragnione przygody, była to zwykła cicha mieścina, atrakcja turystyczna, człowiek jechał tu aby dać odpocząć duszy i ciału, nie różniła się aż tak bardzo od Złotej Nadzieji, jednak to Niemieckie miasto miało coś w sobie co je wyróżniało, taką jakby specjalną aurę którą dało się wyczuć w nie jednym miejscu, w parku, w wesołym miasteczku, a już napewno nad jeziorem kryształowym nad którym on i pewna osoba przez pięcioma laty złożyli sobie przyrzeczenie. Wiele legend krążłyło w miasteczku na temat kryształowego jeziora, wciągających i przyjemnych, ale było także kilka bardzo niepokojących, jedni mówili o duchu dziewczyny, która utopiła się tam 50 lat temu, nie mogącej pogodzić się ze stratą ukochanego na wojnie, drudzy o katastrofie łodzi turystycznej, ofiar tej tragedni nigdy nie odnaleziono, według mieszkańców wciąż leżą na dnie jeziora a ich kościste dłonie dosięgną każdego kto odważy się wypłynąć na jezioro, jeszcze inni powiadali, że na dnie jeziora spoczywają martwi rycerze pogrzebani w skutek tradycyjnego rytuału, który praktykował zakon niegdyś tu stacjonujący. Wszystkie te historie były jednak traktowane tylko jako opowieści mające przestraszyć małe dzieci, które nie miały ochoty iść wcześnie spać, zamiast się nimi przejmowac Rosh miał zamiar rozkoszować się idylicznym krajobrazem nad jeziorem.
-Hmmm...powinni tu gdzieś być...
Chłopak zaczął gorączkowo wypatrywać Williego i ciotki Beaty według jego ojca mieli na niego czekać bezpośrednio na peronie. Obrócił kilka razy głowę w prawo i lewo, jednak nigdzie nie widział wypatrywanych przez siebie twarzy. Po chwili czekania zarzucił na ramię torbę z ubraniami i zrobił krok w kierunku ławki, niczego się nie spodziewając usłyszał za sobą, cichy i nieśmiały głos:
-Ummm...Rosh...?
Głos był trochę piskliwy i niezdecydowany, ale słodki i miły dla ucha, znał tylko jedną osobę, która ma taki głos i dlatego natychmiast go rozpoznał.
-Nicki...?, obracjąc się i widząc stojącą przed nim postać do głowy przychodziło mu tylko jedno zdanie:
- (WOW) !
Rosh'owi o mało nie zaparło dechu w piesiach, przed nim stała prześliczna, młoda dziewczyna, miała piwne, połyskujące oczy, brązowe, lekko kręcone włosy opadające jej do pasa, a spódniczka i czerwona bluzka wspaniale podkreślały jej niezwykle zgrabne nogi i kibić.
-Hey, Rosh..., odezwała się nieśmiale.
-Hey Nicki, wyglądasz...poprostu ślicznie...
W chwili kiedy wymówił te słowa twarz dziewczyny pokryła się szkarłatnym rumieńcem, nie wiedział dlaczego ale nawet w takich chwilach nie mógł się powstrzymać od prawienia komplementów i patrzenia na zakłopotanie dziewczyn, myślał już, że byc może ma w sobie coś z sadysty, chociaż niektórzy uznawali by to poprostu za uprzejmość.
-Danke..., odpowiedziała po Niemiecku dziewczyna, wciąż z twarzą koloru dojżałego buraka.
-Hmmm...wydawało mi się, że potrafisz mówić po Polsku, czyż nie ?
-Tak...
-No widzisz, w ten sposób chyba nam obojgu będzie wygodniej, jesteś tutaj sama ?
-(Kręci przecząco głową) Rodzice są przy samochodzie.
-No więc chodźmy do nich.
Nicki lekko się uśmiechnęła a nastepnie kiwnęła głową i oboje zeszli po schodach w kierunku wyjścia z dworca, zanim jeszcze tam dotarli dziewczyna zapytała:
-Ummm...mogałbym wiedzieć co trzymasz w ręce...?
Wskazując na papiery które trzymał w ręce popatrzyła z ciekawością na twarz Rosh'a.
-Powiedzmy, ze to opowiadanie, które pisałem z nudów w pociągu.
-Naprawdę !? Może mogłabym poczytać ? Twoje opowiadania zawsze były takie ciekawe...czasami łapałam się na tym, że co godzinę sprawdzałam skrzynkę czy nie doszedł już e-mail z kolejną częścią od ciebie...
-Raczej nie...nie sądze aby to ci się spodobało..., odpowiedział zdawkowo Rosh, bo chodź Nicki chciała mu tylko sprawić przyjemność jej słowa przywołały bolesne wspomnienia.
Pisząc te opowiadania chciał się uwolnić od czarnych myśli, lecz temat do pisania był tylko jeden. Na pierwszych kilku stronach pisał tylko o Alice, co wywoływało u niego prawie że depresję, później było już tylko gożej, kolejne strony były zapełnione opisami krwawych zbrodni, makabrycznych tortur i wizji cierpienia, każde skojażenie ze śmiercią Alice wywoływało właśnie takie skojażenia, gdyby Nicki to przeczytała, mogła by pomyśleć, że Rosh to jakiś psychopata.
-Szkoda..., rzekła opuszczając głowę w dół.
Jak tylko oboje doszli do samochodu Rosh znalazł się w objęciach ciotki Beaty, była to szczupła, ładna kobieta, o połyskujących oczach, bardzo podobnych do tych, które miała Nicki. Jego dwaj miali kuzyni skakali wokół niego jak szaleni kłócąc się o to z kim ma się pobawiać pierwszy. Chłopak lubił dzieci i zwykle cieszył by się z takiego zainteresowania, ale w obliczu tego co stało się z Alice nie miał za bardzo ochoty na dziecięce zabawy, co wujek Willi widział bardzo dokładnie jego oczach.
-Martin, Thomas, zostawcie Rosh'a w spokoju, będzie jeszcze dużo okazji aby się znim pobawić, teraz jest pewnie bardzo zmęczony po podróży, prawda Rosh ?
-Zgadza się..., odpowiedział a w jego oczach było widać wyrazy podziękowania.
W drodze do domu ciotki, wszyscy w samochodzie chcieli wyciągnąć od Rosh'a jakieś interesujące historie z jego życia jednak ten odpowiadał albo półsłówkami, albo wcale, Nicki patrzyła dorobinę sceptycznie na chłopaka, którego zapamiętała jako tak rozmownego i pełnego życia. Po kilku minutach jazdy cała grupa dotarała na miejsce. Rosh wziął głęboki wdech czystego powietrza, a następnie wraz z innymi udał się w stronę mieszkania.
Doskonale zapamiętał wszystkie te kąty, bogato wystrojone mieszaknie tak bardzo różniło się od jego zwykłego, Polskiego lokalu. Wchodząc do pokoju zajął się za rozpakowywaniem rzeczy, tak jak 5 lat temu mieszkał w pokoju gościnnym, w prawdzie w pokoju Nicki były dwa łóżka, ale przecież 15 letnia dziewczyna nie mogła spać w jednym pokoju z 20 letnim chłopakiem. Całą resztę dnia Rosh spędził na rozmyślaniu, samotnie w swoim pokoju, który zamknął na klucz udając , że jest zmęczony po podróży. Ciekawsza sytuacja nadarzyła sie dopiero na kolacji, kiedy wszyscy spokojnie jedli Willi nagle się odezwał z entuzjazmem.
-Aaa ! Prawie bym zapomniał Rosh, mam tu coś co cię zainteresuje.
Mężczyzna wyciągnął z kieszeni kartkę kolorowego papieru i podał ją chłopcu, okazało się iż była to ulotka, co ciekawsze, było to zaproszenie na wystawę o której opowiadał mu w pociągu ojciec Luigi. Chłopak położył ulotkę na stole i powoli zaczął czytać:
"Odkryj wraz z muzeum w Nefrytbergu tajemnice średniowiecznych zakonów !"
"Muzeum w Nefrytbegru zaprasza państwa na niezwykłą przygodę. W tym miesiącu wystawa poświęcona jest średniowiecznym zakonom rycerskim, poznajcie obyczaje, rytuały, uzbrojenie a także fanatastyczne artefakty tej wspaniałej społeczności. Na specjalną uwagę zasługuje najnowsze odkrycie naszych archeologów, "Lwia Tarcza z Rennes" uzbrojenie, które prawdopodobnie należało do jednego z legendarnych mistrzów zakonu Templariuszy. Podczas niezwyle pasjonującego wykłądu naszego specjalnisty poznają państwo różne teorie na temat legend związanych z zakonem."
Zaparaszam Peter Beck.
-wiem, że interesujesz się takimi rzeczami pomyslałem, że pójdziesz, dodał Willi.
Rosh był rzeczywiście zainteresowany, słyszał już trochę o zakonie templariuszy, ale jego wrodzona ciekawość powodowała, że zawsze chciał wiedzieć jeszcze więcej.
-Dobry pomysł..., powiedział od niechcenia, po czym znów zaczął zajadać się makaronem z sosem pomidorowym, swoją ulubioną potrawą.
-Mówiłem, ale musisz iść jutro, ponieważ jak widzisz na ulotce jutro jest ostatni dzień.
-Ostatni dzień !? Pokaż !, krzyknęła żywiołowo Nicki chwytając ulotkę.
-Rzeczywiście ! A tak chciałam na to iść ! Mamo moge iść z Rosh'em ?, zapytała błagalnym głosem.
-Ale myślałam, że chcesz z nami jechać na basen...?
-Ale...to jest takie interesujące...
Chłopak spojżał na dziewczynę krzywym wzrokiem, a ta zdawała się go ignorować jakby wiedziała, że ją przejżał i bała się spotkania ich spojżeń, mogło by się to skończyć znów czerwienią na jej twarzy, zdawało się mu, ze jest bardziej zainteresowana faktem bycia z nim sam na sam niż wystawą rycerstwa.
-No dobrze skoro tak ci zależy...
-Dzięki !, krzyknęła uradowana, a Rosh lekko zachichotał, śmiał się, pierwszy raz, od tego co stało sie z Alice, przyjad tutaj był naprawdę dobrym pomysłem.
Zbliżała się 22.00 Rosh już od pół godziny leżał w łóżku, tak jak i wszyscy inni z wyjątkiem Nicki która wciąż oglądała film. Chodź było spokojnie i chłodno chłopak nie mógł zasnąć, rozmyślał o wielu rzeczach między innymi o jutrzejszej wystawie. Po kilku minutach usłyszał dzwięk gaszonego telewizora, specjalnie zostawił lekko uchylone drzwi aby nie było mu za gorąco, słyszał kroki Nicki po mieszkaniu, głos zamykanych drzwi łazienki a później dzwięk wody płynącej z prysznica, która przyprawiała go o dreszcze podniecenia.
-(Nicki bieże prysznic...zastanawiam się..., przez dziurkę od klucza w łazience widać prawie cały prysznic...jakbym tak...Jezu...o czym ja myślę !? ona jest...moją kuzynką...ale jedno krótkie spojżenie...tylko żeby zaspokoić ciekawość...Nie !)
Rosh przykrył uszy poduszkami tylko po to aby nie słyszeć dzwięku prysznica.
-To będzie długa noc..., pomyślał.
Minęło wiele czasu zanim faktycznie zasnął...
_________________ What dosent kill you makes you stronger !
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum