Wiek: 19 Dołączył: 20 Maj 2005 Posty: 53 Skąd: Labirynth
Wysłany: 25-03-2008, 01:16 Recenzje muzyczne
Krótko mówiąc - temat, w którym umieszczamy swoje recenzje albumów muzycznych : ) Mogą być to także pisane spontanem wrażenia, byleby to było coś więcej niż "Fajne, naprawdę fajne, serio" i jakoś się kupy trzymało.
Na początek, pierwsza część muzycznego podsumowania 2007 ; )
---
Lustmord - Juggernaut (Luty 2007)
Przeczytawszy, że panowi Williamsowi na Juggernaucie pomoże Buzz Osborne wraz ze swoją gitarą, po cichu spodziewałem się czegoś na kształt Pigs of the Roman Empire Part 2. Tym razem moje przeczucia w dużej mierze się sprawdziły, na szczęście nie dostaliśmy odgrzewanego kotleta.
Cały album to czterdziestominutowa suita podzielona na cztery części. King Buzzo daje o sobie znać w drugiej i trzeciej, gitarowo i wokalnie. I właśnie w nich wiosło oraz głos (bliższy głośnemu szeptowi niż krzykowi) najbardziej dają o sobie znać, stanowiąc główy element mrocznego pejzażu. Jednak możemy zapomnieć o motywach rodem z The Bloated Pope czy Pink Bat.
Co prawda Juggernaut nie wywarł na mnie takiego wrażenia jak starsze dzieła Briana Williamsa, acz posępność i ciemność sączące się ze słuchawek są nie do zignorowania. Jeśli "świnie" były przetaczającą się przez świat apokalipsą, "moloch" wędruje przez jej pozostałości, mając za zadanie z nieco mniejszym hukiem zakończyć ich dzieło.
Na koniec dodam, iż jeśli kolaboracja Lustmorda z Melvinsami miałaby stać się muzyczną trylogią z wielkim, niszczycielskim lustmordowym finałem, z wielką chęcią takowy bym usłyszał. Tymczasem - "better to reign in hell than serve in heaven"...
---
Air - Pocket Symphony (5 marca 2007)
Najczęstszy zarzut stawiany duetowi po wydaniu tego albumu brzmiał - "Panowie Dunckel i Godin - nie wprowadziliście żadnych nowych pomysłów!". Co do tekstów - znaczy się miłość, uczucia i związane z nimi cierpienia - indeed. Jednak, co krążek zmieniają klimat i barwę muzyki. Tym razem padło na orientalną czerwień. Air dorzuciło nieco japońskich wpływów, wprowadzając charakterystyczne dla Kraju Kwitnącej Wiśni instrumenty - koto i shamisen.
A co w kwestii samej muzyki? Lekka i bardzo przyjemna. Już od pierwszych sekund za sprawą syntezatorów przeplatanych z delikatną akustyczną gitarą, Space Maker wprowadza nas w głęboki relaks (nawiasem mówiąc jest to pierwszy od czasów Moon Safari utwór wprowadzający będący instrumentalem). I w takim stanie odbywamy 47-minutową podróż przez najróżniejsze odcienie muzycznej czerwieni, może niezbyt różnorodne, acz przyjemne dla ucha. Jej powolne tempo na chwilę przyśpiesza w Mer Du Japon, jednym z ciekawszych kawałków, wypełnionym dźwiękową bryzą. Wcześniej warto zwrócić uwagę na singlowe Once Upon A Time, One Hell Of A Party (porównujące nieudaną miłość do szalonej imprezy i następującym po niej kacu) Napalm Love (jest tu odrobinę nowych pomysłów) i Mayfair Song. Może pod koniec czułem się nieco znudzony Somewhere Between Walking And Sleeping i Redhead Girl, na szczęście znużenie zostało zatarte przez niemalże kołysankowe Night Sight kończące podróż.
Jeśli podczas zachodu słońca zatapiającego niebo pomarańczą najdzie Cię ochota na spokojną, relaksującą nutę - ta będzie dobrym wyborem. Choć ich wcześniejszych dzieł nie pobije.
---
Amon Tobin - Foley Room (5 marca 2007)
Tobina doceniam przede wszystkim za dwie rzeczy - jego muzyce niełatwo jest przypiąć konkretne gatunkowe plakietki, nigdy też nie stoi on w miejscu. Każdy jego krążek brzmi inaczej, nigdy nie zdarzyło mu się popełnić albumu, który uznałbym za część drugą poprzednika (Kontynuacja eksperymentów to już zupełnie inna bajka). Foley Room chlubnie kontynuuje tradycję eksperymentującego Brazylijczyka. Tym razem zamiast grzebać pośród kilkuset winyli, zabrał się za nagrywanie w terenie. "Ofiarami" jego mikrofonów padły - jak wspomniano we wkładce płyty - m.in. warczące lwy, ryczące tygrysy, szczury, sąsiedzi śpiewający pod prysznicem czy mrówki jedzące trawę.
Informacja, że w nagrywaniu jednego z utworów - Bloodstone - uczestniczyć będzie słynny Kronos Quartet, została przyjęta przez oczekujących z niemałym entuzjazmem. W moim odczuciu jednak, "krwawy kamień" pełniący rolę otwieracza jest niczym dobrze przyrządzony, lecz niestety, „rozpaćkany” kotlet. Brzmieniowo znakomity, kompozycyjnie natomiast brakuje mi wielkiego smyczkowo-tobinowskiego uderzenia - kawałek kończy się w momencie, w którym powinno pojawić się drugie crescendo, prowadzące do finału. Następny Esther's padł ofiarą podobnego syndromu; gdyby do tych ciężkich bitów przeplatanych pianinem dorzucić parę urozmaiceń bądź komplikacji (choć mamy czadowe i dosłownie czadzące intro) zabijających monotonię byłby to numer wspaniały. A tak otrzymujemy tylko dobry.
Na szczęście dalej jest już ciekawiej. Keep Your Distance i The Killer's Vanilla brzmią jak ścieżka dźwiękowa do filmu szpiegowskiego nieźle przyprawionego kwasem. Za sprawą Kitchen Sink i Horsefish udajemy się w morską podróż, też nieco "podrasowaną". Utwór tytułowy spełnia swoją rolę jak należy - jest esencją chaosu, eksperymentowania i duchoty wypełniających cały album.
Tobin musi lubić porządnie sobie poćpać, co udowadnia w następnych trzech utworach, wypełnionych dźwiękami z pogranicza halucynacji i rzeczywistości. Big Furry Head, Ever Falling i Always brzmią jak zniekształcone wersje "normalnych" piosenek, samych w sobie będących niezłym odlotem. A na sam koniec, Brazylijczyk serwuje nam iście wyśmienity podwójny deser - Straight Psyche jest znakomitym odpoczynkiem dla umysłu i uszu po poprzednich wariacjach. Ta mieszanina dochodzących z oddali orientalno-narkotycznych (lecz spokojnych) dźwięków jest jedną z najlepszych, jakie udało się stworzyć Tobinowi. At The End Of the Day to natomiast najmocniejszy tobinowski zamykacz - jednocześnie pobudza i ochładza, w wyśmienitym stylu kończąc bardzo dobry krążek.
Wydany w 2002 Out From Out Where był najgęstszym dziełem Tobina. Foley Room jest natomiast najduszniejszą płytą Jimiego Hendrixa muzyki samplowanej. Nie pytajcie, o co mi chodzi, po prostu po nie sięgnijcie : )
---
Infected Mushroom - Vicious Delicious (26 marca 2007)
Niestety, osoby krytykujące tę płytę za pójście Infected Mushroom w stronę publiki miały rację. Kwas zawarty w tak gęstych ilościach w poprzednich grzybach został zmieszany z chęcią zarobienia pieniążków. I tak, Vicious Delicious jest najłatwiejszym do przyswojenia krążkiem grzybiastych.
Co do pomysłów, od ostatniego albumu poza "rozcieńczeniem" odczynu kwaśnego duet nie za wiele zmienił. Można wręcz rzec, że panowie mimo pójścia w stronę publiki wciąż próbują wrzucić "stary kwas" sprzed 3 lat, jednak efektem jest muzyczne niezdecydowanie - kwaśnie czy zasadowo?
Mamy tu pełno nawiązań do elektro-popu (przyjazny radiu Forgive Me, kilka ostatnich minut Special Place) i nu-metalu (Rapująco-młodzieżowo-gniewny Artillery, "smutny" In Front Of Me). "Oldskulowe" kawałki - bez zabaw ze śpiewem znaczy się - same w sobie są dobre (tytułówka jest najbliżej klasycznej "struktury grzyba"), ale to właśnie w nich czuć największe niezdecydowanie - jedziemy po całości czy może jednak trochę zwolnimy? Kombinowanie przyniosło ciekawe rezultaty, czasem jednak ma się wrażenie, że eksperymenty wymykały się spod kontroli. Dobrym tego przykładem jest Heavyweight, istna przeplatanka psychodeli, ostrych gitarowych motywów i chórków dotkniętych halucynogenami, tworząca wciągającą i ciekawą, acz mocno kiczowatą mieszankę. Po jej odsłuchaniu zadajemy sobie pytanie: "To oni po takim ćpaniu jeszcze żyją?".
Album ten dobrze sprawdzi się na imprezie, gdzie przyda się coś ostrzejszego niż "teknoł teknoł teknoooł", przy czym w miarę przyswajalnego dla publiki, choć nie prymitywnego, no i lud powinien być już nieźle rozkręcony. Na szczęście duetowi nieco "brakuje" do plastikowych dejotów z zasmarkanymi włosami, wykrzykującymi "Pucz ja hends in di er!"
---
Nine Inch Nails - Year Zero (16 kwietnia 2007)
Krótka piłka – najpierw track-by-track, potem omówienie, pieprzyć kampanię reklamową i "Year Zero Alternate Reality Game" (choć w gruncie rzeczy toto samo). Jeśli nie chce Wam się czytać - Year Zero przeciętną płytą jest. Jeśli chce Wam się czytać, zapraszam poniżej:
1) Hyperpower! - mocne i konkretne rozpoczęcie albumu. Brutalna perkusja i gitary w połączeniu z odgłosami protestującego, a następnie masakrowanego tłumu tworzą iście apokaliptyczną, pełną agresji mieszankę. Szkoda, że tak krótką. Gdyby "mocniejsze" kawałki miały w sobie chociaż część gniewu Hyperpower!, mielibyśmy do czynienia z potężną płytą.
2) The Beginning of the End - tu następuje lekkie cofnięcie się w czasie. Kawałek ten brzmieniowo plasuje się między Year Zero a With Teeth, co raczej ciężko uznać za plus. Nie jest zły, ale bardziej widziałbym go w roli b-sajda.
3) Survivalism - można rzec, że jest to następca gryzionej ręki, ale za to jaki! Elektronikę wykorzystano tu wyśmienicie, wokal Reznora kojarzący się z dyszeniem idealnie pasuje do tekstu. No i ta "wretchedowa" gitara w drugiej części utworu... Zdecydowanie jeden z najlepszych singli NIN i najmocniejszych punktów Year Zero.
4) The Good Soldier - jeden z najmroczniejszych utworów, zapowiada nadchodzącą powolnymi krokami zagładę totalną. Bez wątpienia przyczyniają się do tego ponura gitara i dzwoneczki obecne na drugim planie. Gdyby gitarowa końcówka byłaby nieco dłuższa, otrzymalibyśmy kawałek wyśmienity, tak mamy tylko bardzo dobry.
5) Vessel - być może utwór ten spodobałby mi się, gdybym nie był obeznany z hałaśliwszymi wykonawcami muzyki elektronicznej. O ile sam w sobie nie jest zły, na "szerszym" tle prezentuje się niczym parodia muzyki noise.
6) Me, I'm Not - kolejny zwiastun nadchodzącego "czegoś". Choć refren wyszedł Reznorowi zabawnie, jest to dobry kawałek. Klimatem i rolą, którą pełni na albumie jak dla mnie najbliżej mu do spiralowego The Becoming.
7) Capital G - po 18 latach Trent ponownie próbuje rapować. Tym razem jednak udowadnia, że nie jest do tego stworzony (ew. za stary). Drugi singiel roku zerowego nie odrzuca, ale też nie zachwyca. Może być, ot do poskakania.
8) My Violent Heart - brzmiący niczym Pretty Hate Machine XXI wieku jest kolejnym mocnym utworem z Year Zero. Trudno przejść obojętnie obok wokalu i hałaśliwych gitar w refrenie, pełnych niemalże młodzieńczej pasji niemłodego już Trenta, do której nie wkradła się infantylność. W polubieniu tego kawałka niewątpliwie pomógł mi ogromny sentyment, jakim darzę debiut gwoździ. Good shit.
9) The Warning - o dziwo, po świetnym utworze pojawia się... utwór dobry. Na jego jakość składa się ostry połamany bit, nieco fradżajlowa gitara, masa elektronicznych urozmaiceń oraz oczywiście Trencik. Po prostu another good shit.
10) God Given - nieważne jak bardzo próbowałbym polubić track numer dziesięć, nigdy mi się to nie uda. Fragment "Come on, sing along everybody now" oraz szept Reznora, (jeden z najgejowszych momentów w muzyce NIN) po prostu mnie od God Given odrzucają... Poza tym - średniak.
11) Meet Your Master - bit niemalże taki sam jak w The Warning. Nadchodzące "coś" jest zdecydowanie bliżej, także w sferze tekstowej. Kolejny po Capital G kawałek z szuflady podpisanej "może być".
12) The Greater Good - imo wokal Reznora jest tu obecny po to, by ludzie słaniający się w męczarniach, jeśli nie słyszą jego głosu w utworach NIN, nie przeżywali ich i tym razem. Innymi słowy - wrzucony na siłę, nie pomaga budować napięcia. W warstwie muzycznej - kawałek cudownie złowieszczy i klimatyczny. Na szczęście na singlu Survivalism mamy jego wersję instrumentalną...
13) The Great Destroyer - poza gejowym "I'm the great DESTROYAAAAAAAA" (prawie jak HEEEEMAAAAN) - nawet dobry, choć "hałaśliwa" część brzmi niczym popłuczyny po Atari Teenage Riot.
14) Another Version Of The Truth - najbardziej "zmarnowany" utwór z Year Zero. Gdyby pierwsza część (niepokojące pianino plus cienka ściana hałasu) byłaby dłuższa, a druga (bardzo stillowe spokojne pianino ze ścianą hałasu w tle) byłaby czymś na kształt outra, mielibyśmy do czynienia z jednym z najlepszych instrumentali NIN. A gdyby w to wszystko jeszcze wmiksować (tuż za pianinem) smyczki z remiksu Kronos Quartet & Enrique Gonzaleza oraz zakończenie "urwanego" teasera Y0... Achh, rozmarzyłem się. Niestety, bliżej temu kawałkowi do szkicu niż finalnej kompozycji.
15) In This Twilight - nastrój rodem z samego oka cyklonu zbiorowego samobójstwa cywilizacji. Wraz z pięknym, niemalże płaczliwym (acz pełnym nadziei) głosem Trenta tworzy on klimat ostatniego zachodu słońca ludzkości. Kawałek po prostu cudowny.
16) Zero-Sum - pieśń pożegnalna człowieka tymczasowo oszczędzonego przez apokalipsę, choć świadomego, że wkrótce także i on odejdzie z tego świata. Obok Hurt i The Great Below, najlepszy jak do tej pory NINowy zamykacz - ten cudowny "rozpływający się" klimat po prostu subtelnie zabija...
Jakie są grzechy główne Year Zero? Przede wszystkim mam nieodparte wrażenie, że Reznor tworzył ten album na szybko. Dla miłośnika NIN nie obeznanego w eksperymentalnej elektronice krążek ten może brzmieć bardzo świeżo i ciekawie. Natomiast osoby ze sporym bagażem muzycznych doświadczeń związanych z tym gatunkiem, wielokrotnie doznają uczucia deja vu. Pod względem kompozycyjnym prawie cały czas miałem wrażenie, że Trencik "odrobił obowiązkową pracę domową" i zadowolony wypuścił efekt finalny. Wiele kawałków na tym traci.
Gdyby nie Survivalism, In This Twilight i Zero-Sum, uznałbym Year Zero za płytę mierną z paroma ciekawszymi momentami. Jednak, dzięki tym trzem utworom mamy pozycję przeciętną, z lekkim nachyleniem na "dobra", acz nie dorastającą do pięt żadnemu albumowi NIN wydanemu przed rokiem 2005. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - Trent Reznor się wypala.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum