| FAQ |  Szukaj |  Użytkownicy |  Grupy |  Download | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości |
  Użytkownik: Hasło:

Poprzedni temat «» Następny temat
...jest słodka
Autor Wiadomość
Jaskier 

Dołączył: 25 Sie 2007
Posty: 1
Wysłany: 27-08-2007, 16:32   ...jest słodka

...jest słodka


Jesteśmy żołnierzami zwycięskiej armii Gieorgija Żukowa! Jesteśmy bohaterami! Nasza dywizja zmierza coraz bardziej w głąb Rzeszy. Ostatnie oddziały niemieckie schroniły się w Alpach. Nasi sojusznicy amerykanie nie mogą ich wykurzyć. Zmierzamy na pomoc przyjaciele!
- Wołodia jest tam coś?- krzyknąłem do ‘’towarzysza’’, który jechał przed kolumną naszych T-34 w starym dobrym Czapaju
- Nic a nic towarzyszu sierżancie- odpowiedział Wołodia
- Czemu mnie to nie dziwi- mruknąłem do siebie- chłopaki chyba szanowny towarzysz komisarz nie będzie zły jak sobie zrobimy kilkugodzinną przerwę prawda?
- ‘’Tak jest towarzyszu sierżancie!’’- odparł mi gromki okrzyk wszystkich czołgistów jacy byli w kolumnie.
Cała nasza kolumna wjechała na rozległą bawarską polanę. Piękne widoki. Gospodarstwa, zboże rośnie sobie jak dawniej, nie pamięta o wojnie o obozach koncentracyjnych. Idealne miejsce na wakacje, a może i na całe życie. A na południu. Alpy, piękne góry. I ta alpejska czekolada. A my, jedziemy tam żeby zrównać te góry z ziemią. Mamy wysadzić w powietrze każdą jaskinie, każdy załom, każde miejsce, w którym mogą być hitlerowcy. Jak ja tu trafiłem? Byłem przecież zwykłym studentem na moskiewskim uniwersytecie. Teraz byłbym archeologiem, zawsze o tym marzyłem. Siedziałbym teraz we Włoszech i szukał skarbów starożytności. Ale nie Niemcy sobie wymyślili wojnę. Początkowo myślałem ze skoro działamy z nimi razem to nic nie przeszkodzi w zrealizowaniu moich marzeń. Ale rok 1941 pozbawił mnie jakiejkolwiek nadziei. Nasi wielcy przyjaciele wjechali na nasze tereny swoimi czołgami, zdeptali nas swoimi dywizjami piechoty i zbombardowali nasze miasta tysiącami bomb. I tak znalazłem się pod Moskwą, na szczęście uniknąłem Stalingradu. A teraz jestem tutaj. W Niemczech. W Bawarii.
- Wasilij chodź z nami!- podbiegł do mnie Wołodia
- Towarzyszu gdzie szacunek dla stopnia- starałem się zachować powagę
Nie udało się. Wołodia parsknął śmiechem tak serdecznym że tez ciężko mi sie było powstrzymać. Zaczęliśmy rżeć jak głupi.
- No dobra Wasilij nie pieprz mi tu głupot tylko chodź- powiedział Wołodia nadal chichocząc.
- No już idziemy tylko się pozbieram.
Szliśmy między czołgami, większość towarzyszy już miała lekkie problemy z równowagą ale co tam jutro będą jak nowo narodzeni. Doszliśmy do kręgu ogniskowego, ale jedna rzecz mnie w nim urzekła. Zwykle żeby płomień się nie rozszerzał leżą kamienie. Ale tym razem kamienie zastąpiły niemieckie hełmy. No cóż nie ma to jak inwencja twórcza. Siedliśmy na miękkiej trawie. Dokoła ogniska siedzieli zwykli żołnierze dla których w tej chwili nie miała znaczenia armia lub stopnie wojskowe. Wszyscy pili wódkę i wszyscy się świetnie bawili. Ja tez nie ukrywam lubiłem dobrą rosyjską gorzałkę. Napiłem się jeden kieliszek, drugi, trzeci, osiemnasty. I tyle, Wszyscy już spali, Wołodia też. Mówił coś przez sen ale on to ma w zwyczaju. Po kilku próbach udało mi się wstać i zatoczyć do swojego czołgu. Wdrapałem się na pancerz i za wszelką cenę chciałem dostac się do włazu.
- Kuwa, kuwa mać, ździe ten właz.
Wiele podobnych słów uleciało w nocne powietrze zanim udało mi się otworzyć właz i wpełznąć do wnętrza stalowego potwora. Usnąłem w ciągu kilkunastu sekund.
BĘC BĘC BĘC
- Cicho! Nie tak głośno! Mój łeb!
- Wasilij żyjesz?!
- Wołodia to Ty?
- No, otwórz ten właz już się zbieramy
- O jasna cholera zapomniałem.
Otworzyłem właz i oślepiające światło wpadło do środka.
- Słońce, kochane słońce.
Wylazłem z czołgu i siedziałem dłuższą chwile na rozgrzanym pancerzu mojego T-34. Przyjemne ciepło ogrzewało moją skórę i gdybym tylko mógł przesiedziałbym tak cały Boży dzień. Cholera trzeba znowu gdzieś jechać. Od 4 lat ciągle tylko jeżdżę.
- Dobra chłopaki wiem ze trochę wczoraj tego ale mus to mus jedziemy dalej.
- Kto dzisiaj prowadzi kolumnę?- zapytałem Wasilija
- My towarzyszu sierżancie.
- No tak nie ma się czego dziwić, naprzód!
Jechaliśmy pierwsi a za nami ruszyła cała kolumna dwustu czołgów. Wspaniały dźwięk i widok. Ryk silników rozrywa powietrze na strzępy. Ziemia drży pod gąsienicami straszliwych żelaznych bestii. Cała kolumna wjechała na ubity dukt wiodący nas przez ten wspaniały i odrażający kraj. Spoglądałem raz po raz za siebie czy wszystkie czołgi wjechały na drogę. Jako że my prowadzimy całą kolumnę to jesteśmy odpowiedzialni za resztę czyli sto dziewięćdziesiąt dziewięć czołgów. Co chwilę mijaliśmy jakieś bawarskie gospodarstwo z masą pięknych niemieckich dziewczyn z gigantycznymi piersiami. Za każdym razem słyszałem dobiegające z tyłu ‘’ meine Fraulein’’. Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu.
Minęliśmy wiele takich domostw i po jakimś czasie wjechaliśmy w las. Teraz pierwszy jechał już Czapaj z Wołodią jako naszym ‘’Sokolim Okiem’’. Kolumna znacznie zwolniła gdyż las w rzeczywistości był o wiele bardziej gęsty i niedostępny niż się wydawał.
- Stop, stop, zatrzymajcie się!
- Wołodia co jest, co tam widziałeś?
- Zaraz idę to sprawdzić, daj mi kogoś!
- Iwan idź z Wołodią i weź pepeszkę, szybko!- wskazałem ręką młodego żołnierza, był naprawdę młody obok naszych starych wyjadaczy spod Moskwy.
- Tak jest towarzyszu sierżancie!
Iwan razem z Wołodią zapuścili się nieco w las penetrując jego gęstwinę. Trochę czasu tam spędzili. Zacząłem się denerwować i już zacząłem formować drużynę ratunkową. Chwilę później oboje przybiegli do mojego czołgu.
- I co tam było?- zapytałem zniecierpliwiony
- Nic, chyba mi się przywidziało, ale...
- Co? Coś tam widział?
- Wydawało mi się że tam była jakaś dziewczynka.
- Jesteś pewny?
- Nie wiem.
- Dobra jedziemy dalej ale teraz macie uważać i niech drugi ran nic Ci się już nie przywidzi, zrozumiałeś?
- Tak jest, rozumiem
Jechaliśmy teraz naprawdę żółwim tempem. Co jakiś czas wołałem Wołodie i pytałem się czy czegoś nie zauważył. Odpowiadał ze nie. To co powiedział o tej dziewczynce nie dawało mi spokoju. Jemu nigdy nic się nie przywidziało. Ale trwa wojna, widzieliśmy wiele obrazów które były tak obrzydliwe że człowiek nie jest w stanie ich opisać żadnym ze znanych języków. Po kilkudziesięciu minutach las zaczął być coraz rzadszy, aż w końcu zaniknął całkowicie. Zostawiliśmy tą ciemną gęstwinę za sobą. Jechaliśmy ponownie przez polany i między kłosami zboża. Jednak tutaj nie było już słońca ani żadnych gospodarstw. Im dalej jechaliśmy tym bardziej było chłodno. Przecież jest maj powinno być ciepło. W pewnej chwili wjechaliśmy w lekką mgłę. Lecz z czasem ta mgła była coraz bardziej gęsta. Po kilku minutach nie byłem w stanie zobaczyć obiektu oddalonego o kilka metrów. Zawołałem Wołodie i kazałem im jechać zaraz przed czołgiem. To co stało się teraz przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Z nieba zaczął padać śnieg! Śnieg w maju! To jest niemożliwe!
- Wołodia stój, słyszysz stop!!
- Już, już słyszę.
- Wołodia chodź tu!
- Co chcesz towarzyszu...
- Przestań chrzanić, widzisz to?! Śnieg pada w maju!
- Wasilij widzę ale przecież to tylko śnieg połącz się ze sztabem korpusu i zamelduj o tym. Nic innego teraz nie możemy zrobić.
- Masz racje Wołodia, musze się uspokoić i zawiadomić sztab, Iwan daj tu radiostacje!
- Tak jest towarzyszu sierżancie.- odpowiedział młody podkomendny Wasilija
- Tu 24 Dywizja Pa... C co jest?- zacząłem zwykłą formułkę ale radio było głuche
- Wasilij co się stało?
- Tylko szum nic więcej tylko szumi, co się tu dzieje do jasnej cholery?
- Wołodia widzisz to? Tam jest jakiś znak, pójdziesz to sprawdzić?
- Gdzie on jest, aa tam widzę jasne już idę, Iwan chodź ze mną
Przeszli kilka kroków i zatrzymali się przed znakiem. Chwile się na niego popatrzyli, nieznacznie przy tym konwersując. Minęła niecała minuta a oni już byli z powrotem.
- I co tam jest na tym znaku?- zapytałem Wołodie
- To chyba nazwa miasta, Hu... Hege...
- ‘’Hugel Grabesstille’’, towarzyszu sierżancie- powiedział z dumnym uśmieszkiem Iwan
- Znasz niemiecki Iwan?- zapytałem młodego
- Troszkę, ale nie wiem co to znaczy po rosyjsku towarzyszu sierżancie.
- Zaraz się dowiemy gdzieś tu mam słownik- odparłem chowając się w wieżyczce czołgu- dobra mam ‘’Hugel’’ znaczy ‘’wzgórze’’ a ‘’Grabesstille’’ to ‘’martwa cisza’’.
- ‘’Wzgórze Martwej Ciszy’’ niezła nazwa dla miasta- powiedział Wołodia
- Dobra wjeżdżamy do tej mieściny, ruszajcie.
Wzgórze Martwej Ciszy co to za nazwa. Jeszcze ta mgła i śnieg. Przerażające. Bałem się, mijając ten znak poczułem dziwne ukłucie w klatce piersiowej. Dojechaliśmy do pierwszych zabudowań. Murowane domy z szybami i firankami. Niby nic szczególnego, zwykłe miasto. Ale jednak...
- Jezu Chryste!!!!- krzyknąłem niemal wpadając do wnętrza czołgu
- Wasilij co się stało, Wasilij co jest?- wrzeszczał Iwan szarpiąc mnie za ramie
- Tam, tam w oknie widziałeś prawda widziałeś?
- Ale co Wasilij co??- Iwan nadal wrzeszczał trzymając mnie za ramie
- Dziewczynkę tam w oknie była dziewczynka, ona nie miała nie miała ust!!!!
W tym momencie podbiegł do nas Wołodia. Poklepał mnie po policzkach i zaczął mówić.
- Widziałeś dziewczynkę? Bez ust?
- Tak widziałem. Ty to widziałeś w lesie tez tą dziewczynkę?
- Chyba ale nie jestem pewien może to tylko zwidy.- kręcił głową Wołodia- Iwan weź kilku ludzi i idziemy sprawdzić ten dom. A ty Wasilij zdrzemnij się to Ci pomoże- uśmiechnął się Wołodia.
Szybko usnąłem. To miejsce sprawiło ze bardzo szybko usnąłem. Nie wiem czy to widziałem naprawdę. Musze znaleźć odpowiedź.
Otwarłem oczy. Właz do czołgu był zamknięty, nie pamiętam żeby ktoś go zamykał. Z trudem podniosłem rękę i otworzyłem właz. Do wnętrza wpadło kilka płatków śniegu.
- Kurwa mać to nie był sen!- zerwałem się uderzając głowa o pancerz czołgu
Szybko wygramoliłem się z tej ciasnej nory. Tylko wypełzłem na powietrze i od razu cofnąłem się z powrotem do środka. Byłem tam tylko ja, tylko mój czołg, byłem sam!
- Jasna cholera co teraz, co teraz, musze się stąd wydostać, wrócić do sztabu.
Wyszedłem z czołgu i rozejrzałem się po okolicy. Po prawej stronie o gąsienice stał oparty półautomatyczny Tokariev oraz kilka magazynków walających się po ziemi. Podniosłem karabin a magazynki powkładałem do kieszeni.
- Czekaj, czekaj ostatnio chcieli przeszukać dom. Dobra trzeba iść do tego domu.
Przeszedłem przez ulice i stanąłem przed drzwiami tego domu. Bałem się nawet dotknąć klamki. Ale musiałem wiedzieć kim była ta dziewczynka. Nerwowo nacisnął klamkę. Odsunął się od drzwi i na tyle by mógł pchnąć je lufa karabinu. Drzwi ustąpiły z przeraźliwym zgrzytem. Powoli wszedłem do pokoju. Stał tam duży stół oraz kilka foteli. Podszedłem do stołu, zauważyłem na nim kilka zapisanych kartek. Były zapisane krwią! Wszystkie z wyjątkiem jednej były zapisane po niemiecku. Tylko na jednej była znana cyrylica , ‘’Dźwięk bez brzmienia, pierwsza lekcja, pierwsze nuty’’. Co to znaczy do cholery? Wiem! ‘’Pierwsza lekcja’’ czyli szkoła musze iść do szkoły. Gdzie jest szkoła? Dobra przeszukam resztę pomieszczeń. Poszedłem do kuchni przynajmniej tak mi się wydawało, był tam piec i kilka półek kuchennych, przeszukałem wszystkie ale tylko ostatnia była otwarta. Znalazłem w niej mapę.
- Bogu dzięki mam mapę! Dobra teraz musze znaleźć szkołę czy coś takiego.
Wróciłem do pokoju w którym był stół, usiadłem przy nim i rozłożyłem mapę. Trochę się pogubiłem ale wreszcie znalazłem swoją pozycję oraz szkołę muzyczną. Oprócz tych charakterystycznych budynków w mieście był również kościół oraz stary ratusz. Zebrałem ze stołu mapę i wyszedłem z domu. Na ulicy nie było już mojego czołgu tylko... ogień? Podbiegłem do tego miejsca. Na drodze płonął znak.
- Co to jest jakaś gwiazda? Gdzie jest kurwa mój czołg?! Co się tu dzieje?!
- Dowiesz się. To Cię tu trzyma.- powiedziała stara kobieta, miała na sobie ciemny płaszcz bardzo zniszczony, podziurawiony.
- Kim jesteś? Czego chcesz? Wiesz co się tu stało?
- Jestem Dhalia, będę Cię prowadzić.
- Co? Gdzie ty chcesz mnie prowadzić, chce stąd tylko uciec i to czym prędzej
- Naprawdę? Nie chcesz się czegoś dowiedzieć? Nie chcesz wiedzieć o niej?
- O kim... o niej, chodzi Ci o dziewczynkę? Co o niej wiesz? Kim ona jest?
- Musisz ja uratować, tylko Ty jesteś jej nadzieją.
- Co Ty bredzisz kobieto, powiedz mi kim ona jest.
- Dowiesz się tam gdzie zmierzasz. Dowiesz się na pierwszej lekcji. Do zobaczenia.
- Ej czekaj skąd wiesz o pierwszej... Gdzieś ty się podziała. No i nie ma jej zniknęła. Co się tu dzieje?
Rozejrzałem się wokół ale nie było już tej kobiety. Tylko mgła i śnieg. Ruszyłem z mapą w ręku w kierunku szkoły. Mijałem wiele domów, im bardziej zagłębiałem się w to miasto tym większy czułem lęk i coraz szybciej biło mi serce. Po kilkunastu minutach stanąłem przed ceglanym budynkiem z napisem ‘’Akademia muzyczna imienia Wolfganga Amadeusza Mozarta’’ przynajmniej tak mi się wydawało nie znam dobrze niemieckiego. Już chciałem nacisnąć klamkę ale usłyszałem jakieś jęki i wycia. Obróciłem się z gotowym do strzału karabinem. Przede mną stało coś... jakiś mały potwór cały zakrwawiony i bez twarzy, nie miał oczu ani ust. W ręku trzymało duży nóż, kuchenny nóż.
- Czym Ty jesteś mała cholero- powiedział sam do siebie zgrywając przyrządy celownicze
Strzał
Mały stwór upadł na plecy bez głowy. Pocisk z Tokarieva rozerwał jego ‘’głowę’’ na strzępy. Teraz mogłem otworzyć drzwi do budynku. Podwójne odrzwia otwarły się skrzypiąc. Wielki hol był całkowicie pusty. Przy ścianach stały ławki a okna były pozabijane deskami. Na ścianie naprzeciw drzwi wisiała mapa całej szkoły.
- Chyba ją wezmę przyda mi się.
Zabrałem mapę i obróciłem się w stronę schodów.
- Jasna cholera znowu?!
- Pomóż mi- powiedziała drżącym głosem dziewczynka, po czym rozpłynęła się w powietrzu
- Hej czekaj, gdzie jesteś?
Spojrzałem na mapę i zauważyłem ze coś się samo na niej pisze. ‘’Pierwsze klawisze’’.
- Co znowu? O co tu chodzi?!
W jednej chwili zamilkłem. Usłyszałem kroki, wyraźne kroki. Ktoś schodził po schodach. Przykucnąłem przy ścianie i wycelowałem swój karabin w schody. Ujrzałem cień padający na ścianę, pot zaczął mi ściekać po czole a kolejne dźwięki kroków uderzały w moją głowę niczym młot. Postać stanęła na holu i nerwowo rozglądała się na różne strony. Była dość niska ale była człowiekiem... musiała być człowiekiem.
- Stój gdzie stoisz! Nie ruszaj się!- krzyknąłem
Usłyszałem krzyk, ale to był kobiecy krzyk, kobiecy! Szybko zerwałem się na nogi i podbiegłem do niej
- Nie bój się, jestem człowiekiem- powiedziałem spokojnie starałem się uśmiechać
- Jesteś człowiekiem nie jesteś taki jak oni?- odpowiedziała prawie plącząc
- Nie, jestem człowiekiem już dobrze wszystko będzie dobrze
Po tych słowach rzuciła mi się na szyje płacząc. Miała może 20 lat. Była brunetką i była dość szczupła. Była bardzo ładną dziewczyną. Po chwili podniosła głowę z mojej piersi i uśmiechnęła się do mnie. Odwzajemniłem ten uśmiech.
- Jesteś żołnierzem?
- Tak jestem rosyjskim żołnierzem. Nazywam się Wasilij.
- Rosyjskim?! Skąd się tu wziąłeś.
- Jechała tu cała dywizja, kierowaliśmy się w Alpy ale zatrzymaliśmy się tutaj. Zobaczyłem w oknie dziewczynkę która nie miała ust i usnąłem, kiedy się obudziłem byłem już sam.
- Widziałeś dziewczynkę. W mundurku szkolnym?!
- Tak?! Widziałaś ją? Wiesz kim ona jest?
- Jeśli mówimy o tej samej to ma na imię Alessa ale ona nie żyje od 3 lat.
- Ja widziałem jak ona znika jak rozpływa się w powietrzu, prosiła mnie żebym jej pomógł, musze iść tam gdzie jest fortepian albo pianino. Wiesz gdzie to może być?
- Na piętrze jak sala z fortepianem. Mogę Cię tam zaprowadzić.
- Dobrze chodźmy, musze ją uratować, chyba tylko tak się stad wydostane
Szliśmy obok siebie po schodach, często na nią spoglądałem, była naprawdę bardzo ładna. Doszliśmy na piętro lecz tam już czyhały na nas te ohydne potworki. Wystarczyły dwa pociski. Reszta próbowała uciec ale nie było okazane im miłosierdzie. Wszystkie skończyły w agonii wyjąc z bólu. Weszliśmy na piętro a ja zdałem sobie sprawę ze nawet nie wiem jak ona ma na imię.
- Jak masz na imię?
- Co?
- Jak masz na imię?- ponowiłem pytanie
- Ja? Ja mam na imię Sonia
- Sonia, piękne imię.- uśmiechnąłem się do niej
Nieco się speszyła, spojrzała na podłogę ale była uśmiechnięta. Cieszyłem się z tego.
- Dobrze chodźmy do tej sali- powiedziałem poklepując ją po ramieniu.
Doszliśmy do drzwi, trochę starych spróchniałych. Pociągnąłem za klamkę, drzwi nie stawiały oporu. Pchnąłem drzwi lufą karabinu. W środku był tylko fortepian i dwa krzesła. Podszedłem do fortepianu. Na kilku klawiszach były ślady palców, krwawe ślady palców. Spojrzałem na Sonię.
- Wiesz co to może znaczyć? Może trzeba ja wcisnąć w tych miejscach gdzie są ślady?
- Możliwe ale nie wiemy w jakiej kolejności.
- No tak nie wiemy w jakiej kolejności, hej czekaj, tam jest jakaś kartka
Podszedłem do miejsca w którym leżała kartka. Był na niej wiersz. Nie rozumiałem co on miał mi przekazać.
- Sonia wiesz co to może nam dawać do zrozumienia?
- Znam ten wiersz! To kolejność lotu ptaków jest kluczem!
Sonia podeszła do fortepianu i zaczęła wciskać klawisze, trochę z obrzydzeniem ale wciskała je. Gdy skończyła odsunęła się nieco od instrumentu i spojrzała na mnie ze skwaszoną miną.
- Chyba jednak nie...
W chwili, w której usta składały się do wymówienia kolejnego słowa, w drzwi huknęło coś z taką siła że omal nie wyrwało ich z zawiasów. Sonia z przerażenia skuliła w kącie zgniłej sali a moje ręce zaciśnięte na karabinie zrobiły się mokre w jednej sekundzie. Odruchowo wystrzeliłem w drzwi kilka pocisków, bez skutku, żadnych jęków ani dźwięku osuwającego się ciała. Ostrożnie chwiejnym krokiem podszedłem do drzwi, chwile się zawahałem ale gwałtownie pociągnąłem za klamkę. Korytarz był pusty i cichy do drzwi od zewnętrznej strony wisiała kartka pożółkłego papieru przybita niemieckim bagnetem. Spojrzałem na Sonię i gestem poprosiłem ją żeby podeszła. Nadal ciężko dysząc podeszła do mnie chwytając mnie za rękę, nie ukrywam ze wcale a wcale mi to nie przeszkadzało.
- To chyba jakiś dokument, nie znam dobrze niemieckiego, mogłabyś przeczytać?
- Tak dobrze prze... przeczytam.
- Nie bój się już nic tu nie ma, uspokój się to coś sobie poszło - przytuliłem ją cały czas lustrując korytarz, sam nie wierzyłem w to co mówiłem
Po chwili dziewczyna usiadła na krześle i zajęła się dokumentem, stałem oparty o drzwi i patrzyłem się jak stara się rozgryźć treść, co jakiś czas uroczo zadzierała nosek w zamyśleniu.
- Dobra już wszystko wiem.
- No to proszę powiedz co tam ciekawego jest napisane.
- To raport ze stanu Alessy, zaraz przed wycofaniem się niemieckiego batalionu ‘’Falke’’. Piszą coś o projekcie ‘’Chronos’’, Alessa miała być jednym z... produktów.
- Jakich produktów, o czym ty gadasz?
- Z tego co tutaj jest napisane wynika ze Niemcy chcieli zrobić z niej super żołnierza, grzebali jej w genach uczynili niewrażliwą na ból pozbawili ludzkich uczuć, miała wykonywać każdy rozkaz bez mrugnięcia okiem. Skurwysyny nie wiedzieli co robią, wyhodowali sobie śmierć na własnym podwórku.
- Czego ona może od nas chcieć, skoro nie żyje...
- A skąd ja mam wiedzieć, trzeba iść do szpitala. Tam powinno być więcej informacji.
- Wiesz gdzie to?
- Jasne, pracowałam tam, nie pamiętasz?
- A przepraszam zapomniałem...
- Nie ważne, chodźmy już stąd, proszę.
Zeszliśmy po schodach do głównego holu, każdy krok był wyraźnie słyszalny w tej martwej ciszy. Wielkie drzwi frontowe ustąpiły bez przeszkód, na niewielkim szkolnym dziedzińcu nadal padał śnieg a wszechobecna mgła wydawała się lepka jak pajęczyna. Sonia szła zaraz obok mnie dobrze orientując się w topografii miasta nawet w tak gęstym mleku. Dziwiło mnie że miasteczko zachowane jest w idealnym stanie a na drogach nie było więcej dziwacznych monstrów. Po kilku minutach udało nam się dotrzeć do gmachu szpitala, wyglądał strasznie przygnębiająco, szare ściany z odpadającym tynkiem i szare szyby okien nie napawały optymizmem. Stanąłem jak wryty, znajomy dźwięk, jakby... SYRENY!
- Sonia, kryj się nalot! Szybko do szpitala, no biegnij do jasnej cholery!
- Nie mogę szybciej!
Dopadliśmy drzwi, otworzyłem je w biegu z kopniaka, nawet nie spojrzałem czy coś za nimi jest, jakiś stwór albo inna mątwa, chwyciłem tylko Sonie za rękę i zasłaniając sobą przyparłem do ściany. Nic się nie działo, ani wycia silników, ani eksplozji, nic... tylko jakoś coraz ciemniej. Chwile później szpital i całe miasto utonęło w czarnej nocy. Pomogłem rozpłaszczonej Soni wstać z podłogi i sam rozejrzałem się po korytarzach.
- Ciemno jak w dupie... przepraszam Sonia ze tak brutalnie ale wiesz myślałem że to nalot i chciałem Cię ochronić...- wymamrotałem
- Wiem, nie jestem na ciebie zła...- przytuliła się do mnie mocno, poczułem się wesoły, od dawna nie było mi tak miło.
Jak już mnie puściła wygrzebałem z kieszeni swoją starą zapalniczkę, o dziwo teraz działała. Lekka poświata płomienia z zapalniczki rozświetliła korytarz. Był pusty i odrapany, przy ścianach stały łóżka i wózki inwalidzkie, niby zwykły szpital a jednak... czaiło się w nim coś czego nie chciałem odkrywać. Ruszyliśmy korytarzem co jakiś czas potykając się o szpitalny sprzęt.
- Pamiętasz gdzie leżała ta dziewczynka?- zapytałem nadal obserwując wszystkie zakamarki korytarza
- Tak w skrzydle podziemnym... nikt nie miał tam dostępu.
- Cholera pod ziemią znowu jakieś urocze miejsce, no dobrze, prowadź.
Szła zaraz za mną jedną ręką wskazując kierunek a druga trzymając się kurczowo mojego munduru. Wskazała mi niknące w ciemności schody prowadzące w dół do potężnych stalowych drzwi.
- Chyba żartujesz... to tam?
- No tak te drzwi prowadzą do części podziemnej
- Dobra i tak nie mamy wyjścia...- im bardziej przybliżałem się do drzwi tym szybciej biło mi serce, ręce mocniej zaciskały się na łożu karabinu.
Stuknąłem w metal kolbą, głuchy dźwięk wwiercał się w czaszkę doprowadzając do szaleństwa. Oparłem karabin o ścianę i zacząłem się mocować z wielkim kołem które jak mi się wydawało było swego rodzaju zamkiem tych stalowych szczęk. Kilka minut później odrzwia ustąpiły, natychmiast złapałem karabin i wycelowałem w czarną jamę za wrotami. Światło zapalniczki w niewielkim stopniu rozjaśniało kolejny korytarz, ten jednak różnił się diametralnie od szpitalnych. Tutaj na ścianach widoczny był szalunek a charakterystyczne lampy z kartkami udowadniały że ta część szpitala była zdecydowanie wojskowa. Korytarz zaprowadził nas do niewielkiego pomieszczenia. Na samym środku stał prosty, mały, drewniany stolik z lampą naftową, lampa się świeciła. Przy stoliku stało krzesło siedziała na nim ciemna postać, była pochylona jakby wpatrzona w blat stołu. Ostrożnie podszedłem do niej nie zdejmując palca ze spustu. Sonia została z tyłu z przerażeniem rozglądając się po surowym pomieszczeniu.
- Hej ty kim jesteś!- krzyknąłem
Postać nawet nie drgnęła.
- Pytam się kim lub czym jesteś! Odpowiadaj!
- A chuj cię to obchodzi...- odpowiedziała czarna postać nie odrywając wzroku od blatu, lecz, lecz był to miękki głos, kobiecy.
- Pokaż twarz! Powoli bo strzelę!
Wstała i znalazła się w odległości 20cm ode mnie w mgnieniu oka. Zdążyłem strzelić, dźwięk spadającej łuski rozniósł się po pomieszczeniu. Sonia przykucnęła pod ścianą chowając twarz w dłoniach. Kobieta stojąc przede mną lekko się uśmiechnęła, miała niewielkie szaro-niebieskie oczy, smukły nos i włosy o rzadkim odcieniu blond.
- Brawo, trafiłeś...- powiedziała spokojnie- ale... dużo to nie zdziałałeś.
- Eeee... czym ty jesteś?!- krzyknąłem cofając się parę kroków
- Pierwszym produktem, przecież wiesz... Wasilij
- Skąd znasz moje imię? Jakim kurwa produktem?!
- Spójrz na pewno się ucieszysz.
Lekko się pochyliła w świetle lampy naftowej wyraźnie migotał na czapce orzełek Waffen SS. Na szyi kołysał się Krzyż Żelazny. Natychmiast ponownie wycelowałem i oddałem kilka strzałów. Postać przewróciła tylko oczami i lekko usiadła na krześle.
- Rosjanie, byle se postrzelać...- powiedziała wzdychając
- Czym ty jesteś mów!
- Jestem pierwszym produktem, kiedyś miałam na imię Jeanette, wszyscy z ‘’Falke’’ się wycofali, ja też miałam ale nie pamiętam czemu to zostałam obudziłem się w tym pokoju i tu siedzę jak ten ciul na hałdzie żwiru.
- Jestem Wasilij musze cię aresztować jako jeńca, nie stawiaj oporu.
- A daj spokój tez chce się stąd wydostać tyle ze wy razem Sonią szukacie dziewczynki... może mogę wam pomóc
- Znasz ją? Wiesz kto to jest?!
- Jasne że znam to Alessa, nowy produkt... niestety wymknął się spod kontroli i...nieważne
- No mów i co się stało?
- Naukowcy tak zmodyfikowali jej geny że mogła sprawiać że najgorszy koszmar stawał się rzeczywistością, była pierwszą , która mogła wpływać na umysły innych. Oficjalnie ją zabito, a nieoficjalnie leży w sali za tymi drzwiami.
Wskazała kierunek, drzwi były jakieś cztery metry od nas, ale coś musiało być nie tak.
- Dobra mów czemu nie wierze ze wejdę tam i po sprawie.
- Bo ona cię zabije, każdy kto tam wszedł nie wychodził, trafiał do jej koszmaru.
Spojrzałem na Sonie, jej oczy szkliły się od łez.
- Proszę nie idź tam... proszę...- błagała kręcąc głową
- Musze Sonia, wiesz ze musze, będzie dobrze zaraz wrócę, będzie dobrze...
- Nie wrócisz, przecież słyszałeś, słyszałeś co ona Ci mówiła!
Jeanette spojrzała na Sonie z wyrazem współczucia w oczach, szybko spuściła wzrok. Przytuliłem mocno Sonie i chciałem wstać, złapała mnie za rękę, spojrzała w oczy i pocałowała w usta. Po chwili odwróciła się i łzy zaczęły cieknąć jej po policzkach włożyła mi tylko coś do dłoni i zamknęła j swoją dłonią . Chciałem coś powiedzieć ale słowa uwięzły mi w gardle, wstałem rzuciłem spojrzenie Jeanette i stanąłem przed drzwiami, chwyciłem klamkę i zdecydowanie przekroczyłem próg. W sali świeciła się żarówka, na środku stało zwykłe szpitalne łóżko za nim stała ona, dziewczynka z makabrycznie zaszytymi ustami.
- Witam Wasilij- usłyszałem w głowie, słowa były metalicznie wyraźne
- Witaj... wiem kim jesteś...- powiedziałem z drżącym głosem
- Wiesz czemu Ciebie wybrałam? Miałeś plany. Chciałeś zostać archeologiem. Ja też miałam plany, chciałam bawić z przyjaciółmi, biegać po łąkach. Wtedy przyleciały samoloty, przyjechały czołgi, przyszli żołnierze. Zaczęli zabijać moich przyjaciół, wszystkich zabijali, kobiety, dzieci nikt nie przeżył. Mnie tez zranili, chcieli żebym była taka jak oni, grozili mi, zabili całą rodzinę, powiesili wszystkich, teraz pragnę tylko jednej rzeczy...
- Jakiej...?- zapytałem przełykając ślinę
- Zemsty.- ‘’powiedziała’’ straszliwie się uśmiechając- A oni dali mi narzędzie, wszyscy trafili do mojego najgorszego koszmaru. Ty tam nie trafisz, Sonia tez nie, nie bój się. Chciałam żebyś tylko zrozumiał, sami stworzyliście sobie koszmar, który trwa i będzie trwał dopóki świat się nie skończy... do zobaczenia Wasilij
Zawróciło mi się w głowie, wszędzie było światło, upadłem na ziemię...
- Hej Wasilij wstawaj, ruszamy dalej, musieliśmy objechać to miasto bo most był w nim zerwany, straciliśmy w cholerę czasu ale jakoś się udało.- oznajmił znajomy głos
- Wołodia??! To Ty, naprawde to Ty, gdzie my jestesmy?!
Wołodia otworzył właz czołgu, oślepiające światło wpadło do środka rażąc mnie w oczy.
- Cholera Wołodia nawet nie wiesz jak miło Cię znowu widzieć...
Dopiero teraz poczułem kłucie w zaciśniętej pieści, otwarłem ją, trzymałem niewielki srebrny krzyż na łańcuszku...maltański...




Pozdrawiam Jaskier
 
 
Sietra 
Administrator


Wiek: 24
Dołączył: 25 Sty 2005
Posty: 2056
Skąd: Silent Hill
Wysłany: 27-08-2007, 19:29   

Witam Jaksier. Muszę przyznać, że jest na prawdę dobre opowiadanie. Choć popełniłeś parę błędów i nie do końca pasuje mi czas i miejsce akcji. Można się przyczepić jeszcze do kilku rzeczy, ale i tak wypada pogratulować pomysłu i pracy ;)
_________________
Have you seen a little girl around here?
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Style WoW created by Matti
Modified by Devlock for Silent Hill Town Center
Powered by Silent Hill Fever
- opowiadania