| FAQ |  Szukaj |  Użytkownicy |  Grupy |  Download | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości |
  Użytkownik: Hasło:

Poprzedni temat «» Następny temat
Apostołowie 1 rozdział
Autor Wiadomość
hebini 


Wiek: 21
Dołączył: 08 Maj 2007
Posty: 104
Skąd: Szczecin
Wysłany: 11-12-2007, 17:19   Apostołowie 1 rozdział

Silent Hill
APOSTOŁOWIE

#1

Nieprzenikniona ciemność jak zwykle o tej porze roku zawisła nad Ashfield. Mgła snuła się pod nogami nielicznych ludzi, przemierzających mimo późnej godziny uliczki miasta. Jedynie stojące bardzo rzadko latarnie rozświetlały mrok mętnym, bladym światłem. Od czasu do czasu przemknął ulicą jakiś samochód.
Barry przechodził koło opuszczonych straganów, porozstawianych na rynku. Chłodne listopadowe powietrze szczypało go w twarz. Miał na sobie znoszoną skórzaną kurtkę, której niegdyś brązowy kolor teraz był wytarty i przybrudzony. Miejscami poprzecierane były dziury, co dobitnie świadczyło o jej starości. Spodnie mężczyzny również były w opłakanym stanie. Były to dżinsy o postrzępionych nogawkach, i wyrwanej lewej kieszeni. Dziwaczny kontrast do tego stroju stanowiły buty. Czarne, galowe obuwie zdawało się być świeżo kupione, zwłaszcza przy zestawieniu z resztą stroju. Było tak dlatego, iż Barry dostał je niedawno, od pewnej życzliwej kobiety mieszkającej w jednym z domów otaczających małe podwórko, na którym sypiał. Podsumowując, osobnik ten wyglądał na jednego z tych drobnych pijaczków żebrzących o drobniaki na alkohol, jakich pełno spotkać można było w biedniejszych dzielnicach. Bardziej niż strój, wrażenie to budowała twarz mężczyzny. Miał długi zaniedbany zarost, podkrążone oczy, i krzaczaste brwi. Kępki tłustych, czarnych włosów spływały na jego skronie, a zapach jaki go otaczał odtrącał wszystkich którzy nie mieli mocnego kataru.
Włóczęga przeszedł kilka alejek, poczym skręcił w niewielki przesmyk między dwoma blokami. Szedł nim chwilę, potykając się o leżące na ziemi śmieci, aż dotarł na swoje podwórko. Widok był przygnębiający. Z jednej strony podwórza stały wielkie kontenery na śmieci, które w mroku wyglądały jak duże bezkształtne cielska. Prawie zawsze były przepełnione, ale Barry nie narzekał na to, gdyż w odpadkach często znajdywał różne przydatne rzeczy. Na przykład nie dalej jak kilka dni temu trafił na odrobinę tylko poplamioną koszulkę, a jeszcze wcześniej wyskrobał z stamtąd kilka szklanych butelek, za które zgarnął kaucje. Z drugiej strony podwórza było niewielkie pole otoczone deskami, ułożonymi w kwadrat. Były to pozostałości po piaskownicy, ale jako że na całym placu nie rosła choćby najmniejsza kępka trawy, to gdyby nie belki nikt nie dostrzegłby różnicy pomiędzy „piaskownicą” a najzwyklejszym gruntem. Poza tym na placu były już tylko dwa trzepaki z który nikt tak naprawdę już od dawna nie korzystał, oraz sterta kartonów ułożonych jeden na drugim. Barry podszedł i położył się na nich. Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciągnął resztki taniego wina, i pociągnął kilka łyków. Było paskudne, ale na nic innego nie było go stać. I tak cieszył się z tego że starczyło mu na cokolwiek. Bywały dni, ba! Nawet tygodnie gdy nie miał w ustach nic, prócz skromnych poczęstunków miejscowej kobiety. Leżąc bokiem na kartonach, mężczyzna wpatrywał się w ścianę jednego z otaczających go budynków. W ciemności nie było widać paskudnych bachomazów jakimi „ozdobiła” ją tutejsza młodzież. Zawsze strasznie go denerwowało, że ci chuligani nie tylko po wszystkim bazgrzą, ale jeszcze nazywają to paskudztwo sztuką. Leżał jeszcze przez jakiś czas w najwygodniejszej możliwej pozycji, aż wreszcie poczuł jak zaczyna ogarniać go sen. Powoli zaczął popadać w błogie zapomnienie. Wreszcie zapadł w długo oczekiwany sen. Nigdy by nie przypuszczał że ten sen zmieni całe jego dotychczasowe życie.
Ocknął się, i ze zdziwieniem stwierdził, że stoi w jakimś korytarzu. Za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć dlaczego i w jaki sposób się tu znalazł. Rozejrzał się, i dostrzegł że na drzwiach są poprzybijane małe numerki, a część z nich ma także napis z nazwą przedmiotu. Ale co on do cholery robi w szkole? Zupełnie mu się to nie podobało. Ale to co poczuł w chwilę później, nie spodobało mu się jeszcze bardziej. W powietrzu unosił się odór okropniejszy od wszystkiego co czul do tej pory, a czuł już naprawdę dużo odrażających zapachów. Jednak ten był gorszy od nich tysiąckrotnie. Był to ciężki, gęsty zapach rozkładu, i starej krwi, tak intensywny, że mężczyzna zaczął odczuwać silne mdłości. Nagle na drugim końcu korytarza uchyliły się drzwi. Walcząc z ogarniającym go obrzydzeniem, Barry ruszył w ich kierunku, w nadziei że ktoś kto je uchylił wie jak się tu znalazł, i gdzie tak naprawdę jest. Przeszedł przez korytarz, a głowa pękała mu już od tego smrodu. Na drzwiach sali przybity był numerek „302”. Wszedł do klasy, i rozejrzał się po jej wnętrzu.
Na samym środku sali stała jedna ławka, pozostałe z jakiś względów porozsuwano na boki. Na ścianach sali widniały dziecięce obrazki rysowane kredkami świecowymi. Na tablicy widniał temat lekcji: „Oczyszczający ogień jest nadzieją naszej społeczności”. Nie było tam jednak absolutnie nikogo kto mógłby otworzyć drzwi. Barry podszedł do opuszczonej ławki. Na jej blacie wyryto czymś ostrym jedno słowo.
-Czarownica – przeczytał –co tu jest grane?
I wtedy usłyszał za plecami cichy szloch...

***

Było około szóstej nad ranem gdy Ericka szła zaniedbaną klatką schodową, by wyrzucić zalegające w domu śmieci. To zadziwiające ile się ich produkuje, nie zdając sobie z tego sprawy. Przeszła przez drewniane drzwiczki, prowadzące na podwórze, a następnie skierowała się w stronę jednego z wielkich przepełnionych kontenerów. „Mógłby to ktoś wreszcie wywieźć. Przecież tu już nie ma jak tych śmieci upchnąć. Chyba zadzwonię do tych ze spółdzielni, i powiem im co o ty myślę”. To pomyślawszy położyła swój worek na szczycie sterty i odwróciła wzrok w kierunku sterty kartonów, i leżącego na nich Barrego Włóczęgę. Ostrożnie, tak by go nie zbudzić, podeszła i położyła obok kartonowej sterty paczkę z jedzeniem. Nie cierpiała natykać się od rana na śpiącego mężczyznę, ale też nie potrafiła mu nie współczuć. Jakby nie było był przecież człowiekiem, a według niej wszyscy ludzie powinni się nawzajem wspierać. O ile lepszy byłby świat gdyby wszyscy tak myśleli.
Pozostawiwszy włóczędze poczęstunek, Ericka wróciła do domu i zajęła się zmywaniem.

***

-Kim jesteś?- zapytał Barry, ale dziewczynka milczała. Na jej policzkach widać było mokre ślady, pozostawione po łzach. Na sobie miała Ładną błękitną sukienkę, a długie czarne włosy spływały nieco na jej twarz. Do piersi tuliła różowego króliczka-pluszaka.
-Gdzie twoi rodzice? Zostawili cię w takim miejscu samą?
Dziecko spojrzało na niego zaczerwienionymi oczyma i odezwało się prawie szeptem
-Przyjedź do mnie. Potrzebuję cię. Proszę!- w jej głosie zabrzmiała rozpacz
-Przecież jestem przy tobie. Uspokój się, i powiedz mi co tu robisz?
Proszę. Ochroń mnie przed nimi. Przyjedź – dziecko zupełnie nie reagowało na jego słowa
-Powiedz mi chociaż gdzie my jesteśmy- nagle przyszło mu coś do
głowy – Gdzie mam do ciebie przyjechać?
Podziałało. W oczach dziewczynki zaiskrzyła nadzieja.
-To blisko, blisko. Miasteczko.
-Podaj tylko nazwę- poprosił
- Nazywa się...

***

Następnego dnia Barry szedł zakurzoną ścieżką przy drodze. Minął już Brahms, i jego cel był coraz bliżej. Jedzenie od kobiety już prawie mu się
skończyło, ale miał jeszcze kilka drobniaków, więc stwierdził że kupi sobie
coś na miejscu. Miał nadzieje że ktoś go tam podrzuci, jednak żaden z kierowców których o to prosił nie chciał go nawet podrzucić w okolice miasteczka. Jeden z nich spytał skąd mu przyszło do głowy żeby się tam pakować, a gdy Barry odpowiedział mu że usłyszał jego nazwę we śnie, kierowca spojrzał na niego z politowaniem i odjechał. Tak więc musiał podjąć pieszą wędrówkę. Kilka razy zastanawiał się czy dobrze robi, ale przed oczyma natychmiast stawała mu twarz tamtej dziewczynki, i jej przeraźliwie smutny wzrok.
Po jakiś dwóch godzinach pogoda uległa gwałtownemu pogorszeniu. Zrobiło się chłodno, chmury zakryły niebo, i zaczął sypać śnieg. Na drodze zaległa gęsta, biała mgła. Była niemal namacalna, a jej kłęby ograniczały pole widzenia do kilkunastu metrów. Mężczyzna zaczął czuć się dziwnie, a im bardziej zbliżał się do miasta którego nazwę wymieniła dziewczynka z jego snu, tym bardziej zdawało mu się że jest obserwowany. Od kilku godzin nie spotkał żadnego samochodu, co jeszcze bardziej wzmocniło w nim uczucie niepokoju. Po następnej godzinie zaczął poważnie wątpić w słuszność swojej decyzji. I kiedy już prawie zdecydował się zawracać, i zapomnieć o całej sprawie, zauważył duży ciemny kształt na skraju drogi. Kiedy podszedł do niego dostatecznie blisko, by mgła nie zasłaniała mu widoku, stwierdził że oto dotarł wreszcie na miejsce. Duża tablica głosiła:



WITAMY W SILENT HILL



-Ciche wzgórze, heh... brzmi jak nazwa kurortu z broszurki turystycznej.- zażartował Barry. Ale tak naprawdę zupełnie nie było mu do śmiechu. Lodowate palce strachu zaczynały powoli zaciskać się na jego sercu, mimo że jeszcze nie było do tego konkretnego powodu. Mimo to postanowił, że dotarł już zbyt daleko by teraz zrezygnować. Tak więc, nie zważając na przeczucia, Barry Włóczęga ruszył na spotkanie ciemnościom miasteczka Silent Hill.

***

Krojenie cebuli należało do najbardziej znienawidzonych przez Erickę czynności Dawniej zrzucała całą robotę na męża, ale teraz już nie miała jak. Z załzawionymi oczyma kroiła ją więc sama. Potem przysmażyła ją na patelni, nałożyła ziemniaczki, kotlet schabowy, i usiadła wygodnie przed telewizorem. Właśnie zaczynał się jej ulubiony serial. Miała cały dom dla siebie.

***

Silent Hill to piękne miejsce. Położone nad ślicznym jeziorem Toluca, gdzie w pogodne dni można pływać łodzią, jest idealnym miejscem na wakacje dla Ciebie i Twojej rodziny ! Miasto znajduje się pod stałą ochroną tutejszego posterunku policji, oraz posiada doskonale wyposażony szpital, w którym możliwe są wszelkie zabiegi w razie nieszczęśliwego wypadku. Specjalnie dla dzieci, władze miasta zbudowały w nim wspaniały park rozrywki, w którym Wasze pociechy spędzą całe godziny na karuzeli, w domu strachów, lub na innych atrakcjach, podczas gdy Wy możecie spacerować po pięknym parku nad jeziorem, gdzie wiele par już znalazło „swoje specjalne miejsca”. Mieszkańcy miasta są życzliwi, i chętnie Ci pomogą w razie potrzeby. Tak więc jeśli chcesz spędzić urlop w pięknym i pełnym życia miejscu, przyjeżdżaj jak najszybciej! Silent Hill na Ciebie czeka!

***

Ulice były puste. Z nikąd nie dochodził do Barrego nawet najcichszy dźwięk. Opuszczone domy spoglądały na niego smutno, wybitymi okiennicami. Początkowy strach, teraz przerodził się w przygnębienie, i mężczyzna zaczął czuć się jak ktoś, kto zupełnie nie pasuje do miejsca w którym się znalazł. Jak wegetarianin w Kebab barze. Jak żywy pośród martwych. Śnieg nadal sypał z nieba, ale jego płatki szybko się rozpuszczały, bo nie tworzył zasp, ani nie zalegał na drodze. Było to dość dziwne, ale zignorował to spostrzeżenie. Teraz martwiło go tylko gdzie znajdzie dziewczynkę ze snu.
JEŚLI ONA W OGÓLE ISTNIEJE.
Ta myśl nie dawała mu spokoju odkąd opuścił Ashfield. W końcu bądź co bądź był to tylko sen, wytwór jego wyobraźni.
Właśnie- sen. Czym on w ogóle jest? Projekcją naszych doświadczeń? Może kreowanym przez wyobraźnie obrazem najskrytszych marzeń? A jeśli tak, to skąd się biorą koszmary? Ale nie te o wojnie, czy głodzie. Te w których człowiek doznaje wizji tak potwornych, że przekraczają wszelkie wyobrażenie? Gdzie strach i ciemność rodzą potworne istoty, będące wrzodem rzeczywistości? Przecież to nie może być obraz ludzkich doświadczeń, więc skąd te monstra się biorą? Czyżby właśnie to była nasza prawdziwa natura, pochwycona za dnia w żelazne okowy świadomości? Jak uciec przed potworem którym sam jesteś?
Wracając do Barrego, włóczył się on opustoszałymi uliczkami miasta, gdy w pewnym momencie coś mu przyszło do głowy. Gdy już oswoił się z mgłą i pustką, doszedł do wniosku, że pierwszym miejscem jakie powinien odwiedzić jest tutejsza szkoła. W końcu właśnie w szkole miała miejsce jego wizja. Jedyny problem stanowiło to, że ani razu nie był w tym mieście, i nie orientował się gdzie ta szkoła jest. Przeszedł kolejne dwie alejki, i znalazł się przed stacją benzynową. Przy dyspozytorze stał samochód. Miał otwarte drzwi, i sprawiał wrażenie jakby ktoś poszedł zapłacić za paliwo, i już nigdy nie wrócił. Barry wsiadł na miejsce kierowcy, i rozejrzał się po wnętrzu auta, w nadziei na znalezienie jakiejś mapy. Szperał trochę po różnych schowkach, ale jego jedynym nabytkiem stało się małe kieszonkowe radyjko.
-No cóż, przynajmniej będę miał co opchnąć jak już wrócę do Ashfield- powiedział pod nosem. Spróbował je włączyć, ale niestety nie było w nim bateryjek. Dalsze przeszukiwanie pojazdu nie przyniosło żadnego skutku, więc postanowił sprawdzić na samej stacji. Wysiadł z auta, zamknął drzwi, i ruszył w kierunku budynku. Jednak gdy zrobił kilka kroków, usłyszał za sobą warkot odpalonego silnika. Odwrócił się
-Hej! Kto tam jest?- krzyknął. Był tylko o kilka metrów od wozu, ale ta przeklęta mgła i tak sprawiała że widok był niewyraźny. Zobaczył tylko że drzwi które przed sekundom zatrzasnął, znów były otwarte. Podbiegł
spowrotem do auta, jednak nikogo już tam nie było.
A na siedzeniu kierowcy leżał plan miasta. Mimo że był nieco brudny, nadal pozostawał czytelny. W dolnym rogu widniało kilka szkarłatnych plamek krwi. Były świeże, gdyż krew nawet nie zdążyła zakrzepnąć. „Jezu, ten ktoś jest ranny” pomyślał.
-Pokaż się!- krzyknął w mgłę- Potrzebujesz opatrunku? Zaprowadzę cię do Brahms, to nie tak daleko! Pozwól sobie pomóc!
Ale odpowiedziała mu tylko cisza. „Pomogę mu jak go spotkam” pomyślał „teraz zobaczmy którędy do tej szkoły”. Rozwinął starą mapę, i przyjrzał sięjej dokładnie. Szkoła znajdowała się na południowo-zachodnim końcu miasta. Rozmyślając nad dziwnym pomocnikiem, Barry zaczął iść do Midwitch Elementary Shool.

***

- Ktoś się pojawił.
- Wiemy. Ale to nie ten.
- Skąd się wziął.
- >#MoŻE To JEJ #* sPRaw........kA???
- Jest taka możliwość. Ale co on ma z tym wspólnego?
- Nie mamy pojęcia. Ale ONA coś knuje.
- @”JuŻ sTąd N%ie wyjDzIE#E#E#.............
- O TO SIĘ NIE MARTW. ON JUŻ JEST ZGUBIONY.

***

Droga do budynku szkoły zajęła Barremu nie więcej niż kwadrans, ale gdy już tam dotarł stwierdził że drzwi są zamknięte. Próbował je wyważyć, ale te mimo przedpotopowego wyglądu, były bardzo solidne. Sam budynek wyglądał jak wszystkie jakie spotkał tu do tej pory. Postanowił że obejdzie go dookoła, i poszuka innych wejść, jednak wszystkie jakie znalazł, były pozamykane. Powoli zaczynał już tracić nadzieje że w ogóle dostanie się do środka, kiedy kątem oka wychwycił jakiś ruch. Wiedząc że nic więcej nie zobaczy we mgle, podbiegł w tym kierunku. Pierwszą rzeczą jaką zauważył, było otwarte piwniczne okienko. Drugą kilka kropel krwi na jego ramie. „To znowu on!” pomyślał podchodząc do okienka. „Kto to jest?”
Zajrzał do środka, ale panowała tam ciemność. Mętne światło lekko tylko oświetlało murowane ściany piwniczki, ale nie podłogę. Pomieszczenie nie wydawało mu się podejrzane, ale bał się że spadnie na jakieś skryte w mroku rupiecie, kiedy przeciśnie się przez okienko. Nie mając jednak innych źródeł światła, postanowił ryzykować. Najpierw przecisnął nogi, potem z niejaką trudnością tułów, aż wreszcie głowę, i zeskoczył w dół. Po trzecim metrze spadania, zrozumiał czemu nie widział podłogi.
W mroku rozlega się głuchy odgłos uderzającego w ziemię ciała.

***

Było już dość późno w nocy, a Ericka leżała już pod kołdrą i czytała przy świetle lampki, kiedy po raz pierwszy wysiadły korki. Ponieważ już nieraz się to zdarzało. Wyszła na chwilę na korytarz, i włączyła je spowrotem. Następnie położyła się pod kołdrę, i zajęła się przerwaną lekturom. Po chwili sytuacja się powtórzyła, i to ją już trochę zdenerwowało. Gdy jednak stało się to po raz trzeci, i nie mogła ich ponownie włączyć, odłożyła książkę, i postanowiła zająć się problemem rano.
Leżała tak dosyć długo, jednak sen nie nadchodził. Może to przez zdenerwowanie nagłym problemem, może przez to, że noc w ciemnym, pustym domu nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń. Gdy po raz czwarty odwróciła się na drugi bok, usłyszała dziwny dźwięk, dochodzący gdzieś z domu. Brzmiał jak szuranie nogami po mokrej posadzce. Mimo iż nie był głośny, w pustym mieszkaniu słychać go było wyraźnie.
-Jest tam ktoś?- rzuciła w ciemność przestraszona kobieta
Szuranie ustało, ale po chwili rozległo się ponownie. Usłyszała też jakby ciche trzaski, dochodzące z radia na biurku.
- Odezwij się bo zacznę krzyczeć!
Cisza. Po chwili znowu. Ericka wstała, i wyjęła z leżącej na biurku torebki puszkę gazu paraliżującego „Hyper spray”, który kupiła kiedyś na wszelki wypadek. Radio trzeszczało nadal, mimo że w gniazdkach w dalszym ciągu nie płynął prąd. Ostrożnie trzymając gaz w pogotowiu wyszła na korytarz. Z przerażeniem odkryła, że mokre szuranie dochodzi z jej łazienki. Przez mrok wdepnęła w cuchnącą, lepką siecz, sączącą się jak ropa spod drzwi, i ledwo powstrzymała krzyk zaskoczenia. Teraz gdy była bliżej, paskudny dźwięk się nasilił. Słyszała oszalałe radio, którego trzaski docierały do niej z sypialni, kiedy sięgała do klamki. W jej głowie kołatało się rozpaczliwe pytanie „Co tu się dzieje, co tu się dzieje?”. Szarpnęła za klamkę.
Wszystko skończyło się równie momentalnie, jak się zaczęło. W całym mieszkaniu nastała cisza, a światło zamrygało, i oświetliło wnętrze. Łazienka była pusta. Ericka stała w jej drzwiach, słysząc jeszcze łomot własnego serca. Odłożyła gaz i siadła na wannie.
-To mi się tylko zdawało- szepnęła – to zwykłe zmęczenie
Odgarnęła z czoła spocone włosy, i wytarła łzy przerażenia, które pojawiły się na jej policzkach. „Pewnie paskudnie wyglądam” pomyślała, i spojrzała w lustro.
Potworny ryk przerażenia wyrwał się z jej gardła. Z lustra spoglądała na nią jej własna twarz, jednak wyglądała jak porżnięta tępym narzędziem. Tu i uwdzie owinięta zaropiałym bandażem, spoglądała jej oczyma, wśród ohydnych, broczących krwią ran. Skóra na czole była niemal całkowicie zerwana, i tylko strzępy mięśni opadały na zlepione ropą brwi. Parodia ludzkiej twarzy wykrzywiła się do Ericki w uśmiechu, co spowodowało
otwarcie się kolejnych kilku dziur, które od razu bryzgnęły juchą.
Ericka poczuła zawroty głowy, i upadła na podłogę, na której znowu była lejąca się z lustra krew, po czym zemdlała.

***

Barrego obudziły dwie rzeczy. Pierwszą był pulsujący ból z tyłu głowy. Drugą głośne trzaski dobiegające z radyjka które znalazł w samochodzie.
Dotknął tyłu swojej obolałej czaszki i poczuł pozlepiane krwią włosy. Miał wielkie szczęście że w ogóle przeżył. Nie wiedział ile czasu był nieprzytomny, ale prawdopodobnie dość długo, gdyż było całkiem ciemno. Sięgnął do płaszcza, poszperał w nim chwilkę, i wyjął pudełko zapałek, którymi zazwyczaj rozpalał ognisko ze śmieci na swoim podwórku, gdy noc była wyjątkowo zimna. Wyciągnął jedną z nich i potarł łebkiem o draskę. W marnym świetle zapałki nie widział zbyt wiele, ale zorientował się że trafił do jakiegoś składu. Dookoła leżały stare, przypleśniałe dokumenty, prawdopodobnie akta byłych uczniów. Wziął pierwszą teczkę jaką miał pod ręką. Należała do jakiegoś Toma Werringsa. Wyrwał ze środka klika kartek, gdyż były najmniej zawilgocone, i podpalił je. Teraz płomień oświetlił znacznie więcej. Archiwum było naprawdę zapuszczone. Tynk już dawno odpadł z pokrytych wszędobylską pleśnią ścian. W rogach pomieszczenia widoczne były ohydne zacieki. Były to jednak zwykłe oznaki starości, i wcale go nie zdziwiły. Zaniepokoił go zupełnie inny fakt. Okienko piwniczne było tylko jakieś półtora metra nad ziemią, a w dodatku od zewnątrz zabezpieczała je metalowa krata, a przecież mimo rozbitej głowy pamięta długie spadanie w pustkę, i to że właśnie przez to okienko się tam dostał.
„To jakieś szaleństwo” pomyślał. Jego „pochodnia” już dogasała, więc wyrwał kilka kolejnych kartek dokumentu, poczym podszedł pod okno. Na podłodze była niewielka plama jego krwi. Stwierdził że musiał bardzo niefortunnie uderzyć się w głowę i miał jakieś zwidy. Skąd w okienku wzięły się kraty nie miał pojęcia, ale postanowił się tym nie martwić. I tak ledwo co zachowywał zimną krew.
Podszedł do metalowych drzwi archiwum, jednocześnie modląc się by były otwarte. Złapał za zimną klamkę. Los na szczęście tym razem mu sprzyjał, i drzwi otworzyły się z nieprzyjemnym jękiem zaniedbanych zawiasów. Barry zabrał jeszcze kilka kartek na zapas, i wyszedł z pomieszczenia. Znalazł się w niewielkim korytarzu, równie zaniedbanym co archiwum. Mdławo-słodkawy zapach stęchlizny i pleśni także go nie opuszczał. Było tam jeszcze kilka pomieszczeń i uszkodzona winda. Nagle koło nogi przebiegło mu coś dużego.
Najpierw uznał że to szczur, ale następne stworzenie udało mu się zobaczyć,
i po plecach przeszłe mu ciarki. To był największy robal jakiego kiedykolwiek widział, a widział ich już niemało. Był wielkości przedramienia, a z wyglądu przypominał karalucha. Miał wielki oślizgły odwłok. Mężczyzna machnął płonącym papierem, i robak uciekł, ale po chwili znów przebiegł koło jego nóg.
-Coś się tak przyczepił ?!- rzucił włóczęga. Postanowił ignorować wielkiego robaka. Odpalił kolejną kartkę i przejrzał tabliczki na drzwiach, po czym zdecydował się wybrać te prowadzące na klatkę schodową. Ale gdy już miał chwytać za klamkę poczuł obślizgłe cielsko włażące do szerokiej nogawki jego spodni. Krzykną mimowolnie, i próbował wytrzepać paskudztwo ze spodni. Czuł, że robal jest na jego łydce. Czuł małe paskudne nóżki wbijające mu się w skórę. Nagle po całej nodze przeszła mu fala bólu. Robal go ukąsił. Walcząc z obrzydzeniem, zaczął walić z całej siły w potwora. Usłyszał obrzydliwy chrupot pękającego pancerza, a maż i wnętrzności strzaskanego insekta ściekały mu po nodze do eleganckich butów. Wywinął nogawkę, i ściągnął jeszcze drgające resztki robaka. Jego nogawka przesiąkła smrodliwą mazią. Rzucił targane konwulsjami ścierwo na posadzkę, i jeszcze zadeptał je dla pewności. „ty ohydny sukinsynu” pomyślał wycierając łydkę z żółtawych wnętrzności kawałkiem dokumentu. Nową kartkę odpalił zapałką, gdyż w szamotaninie poprzednia zupełnie zgasła. Światło płomienia ukazało jego oczom przerażający widok. Na podłodze i ścianach roiły się takie same robaki, jak ten który go przed chwilą zaatakował. Rzucił się w kierunku drzwi na klatkę, wypadł przez nie na schody i natychmiast ja za sobą zatrzasnął. Serce waliło mu w piersi. Upewnił się że ohydztwo nie wylezie za nim, i pobiegł schodami na górę.
Dotarł nimi na korytarz prowadzący do sal lekcyjnych na parterze. Nieco zadyszany spróbował przez chwilę pomyśleć racjonalnie. Trzaski z radyjka ucichły, choć przecież wobec braku baterii, w ogóle nie powinny się pojawić. Może miało jakieś zasilanie awaryjne. Co do robaków, założył że w odpowiednich warunkach mogły się wyhodować tak wielkie insekty.
Mimo że oba wyjaśnienia nie brzmiały zbyt przekonywująco, jakoś musiał sobie to wszystko tłumaczyć, żeby nie postradać do reszty zmysłów. Już i tak stał na krawędzi szaleństwa. Powoli, powoli zaczął dochodzić do siebie. Potem, korzystając z tabliczek na ścianach, poszedł do szkolnej rejestracji, znajdującej się tuż przy głównym wejściu. Przez cały czas nasłuchiwał, starając się wyłowić choć najlżejszy odgłos kroków, ale otaczała go jedynie cisza nawet radyjko umilkło, i tylko cichutko szumiało. Postanawiał go na wszelki wypadek nie wyłączać. W końcu dotarł do dużych drzwi wejściowych. Po tym co widział w piwnicy, miał wielką ochotę wybiec przez nie na ulice, a potem uciec z miasta i o wszystkim zapomnieć. Nagle zauważył mały zwierzęcy szkielet leżący koło drzwi. „Naprawdę dawno tu nikt nie zaglądał” pomyślał. Podszedł do drzwi, z zamiarem zaczerpnięcia łyku świeżego powietrza. Były to prawie zwyczajne drewniane drzwi. Prawie. Ktoś zapomniał o takim szczególe jak klamka. Barry znów poczuł kłucie w żołądku. Nie chciał się bardziej denerwować więc dał sobie spokój z wychodzeniem. Stwierdził że zajmie się tym gdy już zwiedzi budynek. Wszedł do dyżurki, w nadziei że znajdzie tam jakąś mapkę szkoły. Na ladzie leżała karta z nazwiskami nauczycieli i jakieś zapiski dyżurnego, na ścianie wisiał pożółkły plan lekcji. Barry zajrzał do szafki z drugiej za ladą, ale znalazł tam tylko dziurawy uniform roboczy z wyszytym imieniem „Colin”, oraz mały kawałek drutu kolczastego i ołówek, który włóczęga postanowił zatrzymać. Za dyżurką były jeszcze drzwi na zaplecze. Barry podszedł do nich i szarpnął za klamkę. Drzwi ustąpiły z cichym skrzypnięciem. Zaplecze było niewielkim pomieszczeniem, ale od razu zauważył w nim dwie podejrzane rzeczy. Po pierwsze zupełnie nie pasujący do szkolnego zaplecza duży obraz, przedstawiający paskudne drzwi, po bokach których wisiały jakieś człekokształtne postaci w klatkach i przechodzącego przez nie mężczyznę w brązowej kurtce i dżinsach. Miał wrażenie że już gdzieś widział tego człowieka, ale nie mógł sobie przypomnieć gdzie. Drugą podejrzaną rzeczą były ślady butów na zakurzonej podłodze, które prowadziły prosto w ścianę i znikały. W pierwszej chwili pomyślał że w ścianie jest tajne przejście, ale po zdjęciu obrazu jego oczom ukazała się zwykła zapleśniała ściana. „Skąd w szkole tajne przejście, kretyn ze mnie” zganił się w myślach, i kopnął w ścianę. Ze zdziwienie poczuł jak jego stopa wybija w niej dziurę, z której wysypała się chmara robali. Były to na szczęście zwyczajne insekty, a nie wielkie bydlaki które spotkał wcześniej. Strzepał je z nogi, i wtedy dostrzegł coś białego wewnątrz dziury. Wyglądało jak kartka, ale obślizgła masa kłębiła się odsłaniając tylko róg. Wyciągnął dłoń po tajemniczą kartkę, i kiedy już udało mu się ją złapać chmara w błyskawicznym tempie oblazła mu dłoń, i zaczęła rozłazić się po ramieniu. Wyszarpnął ją, i zaczął wściekle strzepywać robaki, ponieważ czuł już mnóstwo małych ukąszeń. W końcu udało mu się ich pozbyć. Obejrzał znalezioną kartkę. Była w zaskakująco dobrym stanie, tylko trochę zakurzona. Napisano na niej niepokojąco czerwonymi literami jakiś wierszyk:

Już nie usłyszysz śpiewu ptaków
Które nie mają głosu
Już w zapomnianym mieście nie spotkasz
Dawno umarłych osób
Już cię żądza zemsty, mordu
Nie popchnie do boju
Już nigdy zło cię nie uwięzi
We własnym pokoju

„I co, to wszystko? Zwykły wierszyk? Myślałem że to coś ważnego” pomyślał Barry zawiedziony, poczym schował kartkę do kieszeni. „Wygląda na to że nic więcej tu nie znajdę, lepiej przejdę się po salach”. Ponieważ nie znalazł mapy szkoły odwrócił plan Silent Hill, i narysował ołówkiem dyżurnego Główne wejście, recepcje i zaplecze. Drogę do piwnic starannie zakreślił grubymi liniami. Następnie wyszedł z dyżurki i skierował się na lewo od niej, do kolejnych dużych drzwi. Były otwarte, a za nimi znajdował się korytarz z drzwiami do różnych klas. Były na nich powbijane małe numerki a na niektórych także nazwa przedmiotu. Kiedy zobaczył ten korytarz dreszcz przerażenia przeszedł mu po plecach. Był pewien że jest to taki sam korytarz jak w jego śnie. Tyle że było to pierwsze piętro, a z tego co pamiętał wtedy znajdował się na trzecim. Ten przebłysk pamięci ponownie obudził w nim ochotę do działania. „Jeśli ona tu jest, musi być w którejś z sal na trzecim piętrze!” pomyślał. Wtedy usłyszał znajomy płacz.

***
-Dzień dobry Ericko. Jak się dziś czujemy?
Ericka powoli otworzyła oczy. Czuła zawroty głowy, i nie miała pojęcia gdzie się znajduje. Siedziała na drewnianym krześle przed biurkiem, na którym leżała popielniczka i porozkładane były jakieś papiery. Na jednej z kartek dostrzegła nawet swoje zdjęcie. Pokój był mały i poza biurkiem była w nim tylko kozetka dla pacjenta. Za biurkiem siedział jakiś mężczyzna. W panującym w pomieszczeniu półmroku dostrzegała biały kitel, ale nie widziała jego twarzy.
-gdzie... –przełknęła ślinę- gdzie jestem? – jej głos był słaby i chrapliwy- kim pan jest?
-Nazywam się doktor Abernathy. Możesz mówić do mnie Troy. Zajmuję się twoją terapią. – głos mężczyzny był spokojny i w dziwny sposób budził zaufanie.
-terapią?... co mi jest? Nie pamiętam- bała się. Była zupełnie zdezorientowana, a w myślach krążyły jej makabryczne obrazy. Poczuła łzy na policzkach.
-Uspokój się- powiedział lekarz miękko i przysunął jej paczkę papierosów- zapal jeśli ci to pomoże.
Nigdy nie pochwalała palenia, ale tym razem wzięła papierosa bez chwili wahania. Jeśli cokolwiek miałoby ją uspokoić to musiała tego spróbować. Doktor podsunął jej także zapalniczkę, więc odpaliła i zaciągnęła się dymem. Szybko jednak pożałowała tej decyzji, gdyż zaczęła tylko kasłać i łzawić, a nie poczuła się ani odrobinę lepiej. Odłożyła kopcącego papierosa do popielniczki.
-Widzę że to nie był najlepszy pomysł – odezwał się lekarz – Wybacz mi pomyłkę. Wracając do ciebie, mówisz że nie pamiętasz swoich wizyt u mnie?
-ani jednej – odparła lekko jeszcze pokasłując
-Pozwól mi więc wyjaśnić ci twoją sytuację. Od dwóch lat spotykasz się ze mną regularnie co tydzień z powodu mocnej paranoi którą wywołała przeżyta przez ciebie tragedia. Staramy się dotrzeć do pogodzenia cię z rzeczywistością, oraz wyleczenia cię z koszmarów które cię gnębią. Powiedz, jaka jest ostatnia rzecz jaką pamiętasz? Jak się tu znalazłaś?
Ericka zebrała wszystkie siły próbując sobie przypomnieć poprzednie wizyty, albo chociaż drogę do gabinetu, jednak w jej głowie znajdowały się tylko czarne plamy, oraz wspomnienie makabrycznej postaci.
-ja... pamiętam tylko wieczór.. i szuranie w łazience. Radio zaczęło wariować. I twarz w lustrze – kolejne łzy popłynęły po jej twarzy- czy, czy ja oszalałam?
-Nie, to się zdarza i jest całkiem normalne. Nie masz się czego bać, myślę że z czasem twoja pamięć wróci do normy. Myślę że powinnaś odpocząć i dobrze się wyspać. Umówmy się że przyjdziesz do mnie jutro, a na dziś już skończymy, dobrze? – doktor Troy naskrobał coś na kawałku papieru i podał Erice. Była to recepta na lek o nazwie „Rezanbonium Djagenotum” o którym nigdy w życiu nie słyszała.- To powinno ci pomóc na spokojny sen- dodał.
-dziękuje- wyszeptała- Przyjdę jutro jak tylko się obudzę.
-Więc do jutra Ericko- odrzekł doktor gdy szła w stronę wyjścia- nie zapomnij o recepcie!
Kobieta wyszła z gabinetu i znalazła się w pustej poczekalni. Usiadła na jednej z kanap i objęła głowę rękoma starając się zebrać myśli. Jak miała wrócić do domu, skoro nawet nie wiedziała gdzie jest? Po chwili namysłu stwierdziła, że najlepiej będzie wyjść na zewnątrz i spytać jakiegoś przechodnia o drogę. Wstała z zakurzonej kanapy i podeszła do drzwi. Wtedy coś ją tknęło, i odwróciła się by raz jeszcze zerknąć na poczekalnie. Nie wyglądała jakby często ktoś tu bywał. Prawdę mówiąc wogule wyglądała jakby Ericka była pierwszą osobą od wielu lat, która się w niej znalazła. Brudne ściany, i popękany sufit jeszcze mogła zrozumieć. Zaniepokoił ją fakt, że na dość grubej warstwie kurzu były odbite tylko jej ślady stup.
„To jakiś absurd” pomyślała i wyszła na ulice żeby o tym nie myśleć. Miała nadzieje na powrót do normalności, jednak była to bardzo fałszywa nadzieja.

***
Cichutki szloch dochodził ze szkolnej toalety. Gdy Barry znalazł się w środku zobaczył że jedna z kabin jest zamknięta od wewnątrz. Podszedł do niej niepewnym krokiem, i odezwał się próbując zachować spokojny ton:
- Cześć. Jesteś tam, prawda?- szlochanie ustało, i miał wrażenie że ten ktoś mu się przysłuchuje- Możesz wyjść, nic ci nie grozi.- odczekał moment, ale nie było żadnej reakcji.- Posłuchaj mnie, ja naprawdę…
Zimny dreszcz przeszedł mu po plecach. Rozejrzał się wokół, ale nie dostrzegł niczego podejrzanego. Odszedł kilka kroków od kabiny, w której nadal panowała grobowa cisza, i oparł się o pożółkłą od starości umywalkę.
Zerknął na swoje odbicie. Z lustra patrzyły na niego zmęczone ciężkim życiem włóczęgi oczy, osadzone na brudnej, zarośniętej twarzy. Przeszło mu przez głowę że w pewnym sęsie nawet pasuje do tego miasta. On także był kiedyś pełen życia i radości. Jednak błędy młodości bolały dopiero po czasie. Ile by dał żeby cofnąć czas i zmienić pewne wydarzenia. Ile razy przeklinał swoją głupotę.
Nagle jego uwagę zwrócił pewien szczegół w odbiciu. Drzwi zamkniętej kabiny zdobiło w nim wielkie pęknięcie. Biegło w pionie przez całą wysokość w kilku miejscach zozgałęźniając się na boki. Nie było mowy żeby mógł je wcześniej przeoczyć. I faktycznie, kiedy się odwrucił, drzwi kabiny okazały się nietknięte. Ponownie spojrzał w lustro. Przejechał dłonią po jego powierzchni, by się upewnić że pęknięcie nie znajduje się na lustrze, jednak niczego nie wyczuł. Poczuł na sobie zimne krople potu, gdy z pęknięć na drzwiach zaczęła broczyć ciemna gęsta krew. Podszedł do prawdziwych drzwi, które w dalszym ciągu wyglądały w miare normalnie, i z całych sił szarpnął za klamkę. Zawiasy zajęczały cicho, a w okolicach zamka wydobył się trzask łamanego drewna, jednak nie ustąpiły. Postanowił użyć brutalniejszych metod.


- Jeśli naprawdę tam jesteś odsuń się!- krzyknął ostrzegawczo. Poczekał jeszcze chwilę w nadziei na jakąś odpowiedź, a gdy jej nie dostał wziął krótki rozbieg i z całą mocą kopnął oporne drzwi. Setki drzazg posypały się na ziemię, a w miejscu gdzie trafił pojawiła się sporych rozmiarów dziura. Wsadził do środka ręke i otworzył trzymający drzwi zamek, po czym je otworzył. Kabina była pusta, a w ścianie nad klozetem wyryto sporą dziurę.
„A więc tędy zwiał” pomyślał, i zerknął do środka. Tunel był nieco ciasny, więc postanowił nie ryzykować, bojąc się że utknie w nim na dobre. Odwrócił się z zamiarem opuszczenia ubikacji, i jego wzrok ponownie padł na odbicie w lustrze. Tam drzwi kabiny nadal były zamknięte, a brocząca z nich krew utworzyła już sporą plamę na posadzce. Wzdrygnął się, i ruszył do wyjścia.
„Tylko nie to” pomyślał na widok wielkiej przyozdobionej rdzą kłódy, skutecznie zamykającej drzwi na zewnątrz. Wystarczyło na nią spojrzeć by mieć pewność że tym razem żadne kopanie w drzwi mu nie pomoże. Zrozpaczony wrócił do kabiny z tunelem. Nie miał pojęcia co go tu sprowadziło, ani po co, ale był całkowicie pewien że chciało by skorzystał z tej właśnie drogi. Nie mając innego wyjścia wcisnął się do środka, i powoli, modląc się w duchu ruszył długim tunelem.
Gdy był już zbyt daleko by to usłyszeć, lustro pękło z trzaskiem i rozsypało się na milion małych kawałeczków.
Czas mijał, a końca tunelu wciąż nie było widać. Mimo wszelkich obaw nie zablokował się, i mimo ciemności czołgał się w dalszym ciągu naprzód. Wreszcie po długiej, męczącej wędrówce zobaczył przed sobą jasny punkt, oddalony o najwyżej siedem metrów. Wyczołgał się, i stanął na ziemi. Trafił do kolejnej kabiny, podejrzanie podobnej do tej przez którą wszedł do tunelu. Popchnął drzwi, i oddech zastygł mu w piersi. Rozumiał obecność jakiejś tajemniczej osoby która go śledzi, potrafił jakoś wytłumaczyć sobie gigantyczne mięsożerne insekty w piwnicy i mógł zwalić wizje w lustrze na karb zmęczenia. Ale to co teraz zobaczył było ponad jego siły. Kafelkowa podłoga była umazana w świerzej, jeszcze nie skrzepniętej krwii, której ciemno-czerwone plamy pokrywały w kilku miejscach tagże sufit i ściany, twożąc makabryczne zacieki. Miał wrażenie, że owa krew sączy się właśnie z tych plam, jak z paskudnych, rozjętrzonych ran. Drzwi jednej z kabin obwiązane były zaropiałym bandarzem, i przez chwilę wydawało mu się że pulsują lekko, jak ciało cierpiącego człowieka. Barry zamknął swoją kabinę, i spojrzał na jej drzwi. Były pokryte siatką pęknięć, z których równierz płynęła krew. Uświadomił sobie że już raz je widział, i na jego czoło wystąpiły grube krople zimnego potu. Zerknął w lustro. Odbita w nim rzeczywistość wyglądała całkiem zwyczajnie, pomijając okrągłą dziurę nad klozetem w jednej z kabin. Poczuł że go mdli, poczuł zawroty głowy od dusznego smrodu krwii, czuł że go to wszystko przerasta. Ryknął na całe gardło, chwycił za klape od klozetu, wyrwał ją i z całej siły uderzył w lustro.
Lustro pękło z trzaskiem i rozsypało się na milion małych kawałeczków…

***
_________________

Ostatnio zmieniony przez hebini 11-12-2007, 17:24, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Sietra 
Administrator


Wiek: 24
Dołączył: 25 Sty 2005
Posty: 2056
Skąd: Silent Hill
Wysłany: 14-12-2007, 22:26   

No w końcu przeczytałem i muszę stwierdzić, że opowiadanie trzyma w napięciu. Bardzo podobają mi się przejścia z wydarzeń Barre'go i Ericki. Co prawda popełniłeś kilka błędów ortograficznych, ale można przymknąć na nie oko. Czekam na dalszą część opowiadania, gdyż jest na prawdę ciekawa. No i jeszcze muszę cię pochwalić, za nawiązania do gry i komiksu (Dying Inside). Zresztą porównania też są niczego sobie :)
_________________
Have you seen a little girl around here?
 
 
 
hebini 


Wiek: 21
Dołączył: 08 Maj 2007
Posty: 104
Skąd: Szczecin
Wysłany: 17-12-2007, 20:16   

A już myślałem że nikt nie skomentuje:)
To mój pierwszy fanfic i nie masz pojęcia jak mnie zmotywowałeś do dalszego pisania:)
Jak tylko będe miał czas napiszę drugi rozdział.
_________________

 
 
 
Sietra 
Administrator


Wiek: 24
Dołączył: 25 Sty 2005
Posty: 2056
Skąd: Silent Hill
Wysłany: 18-12-2007, 11:50   

Czekam z niecierpliwością :)
A reszta, brać się do czytania :twisted:
_________________
Have you seen a little girl around here?
 
 
 
SbobekH 
Administrator


Wiek: 16
Dołączył: 09 Lut 2007
Posty: 1051
Skąd: Gilead
Wysłany: 18-12-2007, 17:11   

Nareszcie przeczytałem.. ;)
Piszesz fajnie, ale mam tylko jedną prośbę - wklejaj mniej tego tekstu :P Lepiej jak będzie tego mniej bo każdy chociaż spróbuje przeczytać a jak ludzie widzą tak dużo tekstu to czasem to ich odrzucić potrafi ;)
Z takich już bardziej czepialskich uwag, dbaj trochę o formę pisowni i o to żeby tekst był przejrzysty ;>
Czekam na dalszą (krótszą :razz: ) część ;]
_________________
Człowiek może wytrzymać cały tydzień bez picia, dwa tygodnie bez jedzenia, całe lata bez dachu nad głową, ale nie może znieść samotności. To najcięższa tortura.
 
 
 
BMF 


Wiek: 18
Dołączył: 13 Lut 2007
Posty: 177
Skąd: ul. Porażki Mordoru 2/54
Wysłany: 18-12-2007, 18:18   

No cóż, w twojej głowie siedzi talent ;) Nie przeczytałem całego, bowiem nie mogłem sie jakoś zmusić. Zaczałem od środka i muszę przyznać... po kilku linijkach naparwde mnie wciągnęło. Czytałem troche, jednak potem mi sie odechciało. Nie wiem czemu, ale klimat który stworzyłeś, jakos dziwnie się rozleciał. Posiadasz umiejętności pisarskie (to chyba nie pierwsze twoje opowiadanie ;) ), jakby dodać jeszcze ciekawszą fabułę (nie mówię że SH jest nieciekawe xD ), szybszą akcję i "to coś", to moze powstać z tego coś naprawde niesamowitego :D Moze masz nawet taki ogromny talent jak ja ;)
Ostatnio zmieniony przez BMF 18-12-2007, 18:19, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
pawcio 
Moderator
Stuntman Mike


Wiek: 20
Dołączył: 28 Lip 2005
Posty: 938
Skąd: Poznań
Wysłany: 22-12-2007, 22:52   

Ja też w końcu przez całość przebrnąłem :D I Muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczony :) Fakt, że długie, ale czytanie mi się nie dłużyło ani przez chwilę. Wątek Erici świetny, Barryego też dobry, jednak dla fana SH dość przewidywalny ;) Ale za to klimat miasteczka był oddany i tu masz u mnie duży plus :)
Czekam na drugą część :)
_________________
'The whole world is about three drinks behind.' Humphrey Bogart

http://pl.wikipedia.org/wiki/I.C.E. - warto przeczytać
http://teren-prywatny.blogspot.com - zdjęcia zapomnianych miejsc i budynków
http://pafffcio.blogspot.com - mój filmlog
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Style WoW created by Matti
Modified by Devlock for Silent Hill Town Center
Powered by Silent Hill Fever