| FAQ |  Szukaj |  Użytkownicy |  Grupy |  Download | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości |
  Użytkownik: Hasło:

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: SbobekH
06-09-2008, 20:35
Tu był tytuł ale sobie poszedł...
Autor Wiadomość
omatto 


Wiek: 24
Dołączył: 25 Lip 2005
Posty: 80
Wysłany: 25-07-2005, 23:51   Tu był tytuł ale sobie poszedł...

Miłość to cud, który jest zawsze możliwy, zło to fakt, który zawsze istnieje. Sprawiedliwość potępia zło, nadzieja chce poprawy, miłość wybacza. Tylko ona potrafi przyjąć łaskę taką jaka ona jest. Nie ma nic trudniejszego, wiem to. Świat jest straszny i bezsensowny. Tylko ci, którzy pomimo wszystko kochają, potrafią zachować nadzieją, że za całym tym nonsensem, za całą tą grozą, kryje się jakiś sens.
Duerenmatt





Silny podmuch zimnego jesiennego wiatru wzbił w powietrze kilka jesiennych liści rzucając je na maskę srebrnego forda mustanga skręcającego na przydrożny parking. Po chwili silnik umilkł i z samochodu wyszedł dwudziestokilkuletni mężczyzna, który powolnym krokiem zbliżył się do ogrodzenia oplatającego parking. W oddali nad koronami drzew błyszczała
w promieniach popołudniowego słońca tafla jeziora Toluca. Jednak mężczyzna zdawał się nie zauważać otaczającego go świata. Wpatrując się pustym wzrokiem w przestrzeń rozmyślał. Wszystko zaczęło się dwa lata temu podczas kolejnego nudnego rozpoczęcia roku akademickiego na uczelni Chicago State. Pamiętał ten dzień jak gdyby miał miejsce wczoraj, gdy zobaczył ją pośród tłumu uczniów rozmawiającą beztrosko z grupą innych dziewcząt. Jej uśmiech który sprawiał że jego serce zaczynało bić szybciej, a wreszcie mieszankę zdumienia i radości gdy okazało się że będzie chodziła do jego grupy. W końcu zmiana uczelni na dwa lata przed egzaminami końcowymi nie była zjawiskiem często spotykanym. Początkowo sądził że to zauroczenie, lecz gdy z biegiem czasu pomimo kolejnych wad które u niej odkrywał podobała mu się coraz bardziej, zaczął poważnie się nad tym wszystkim zastanawiać. Rachel pomimo wszystkich swoich złych cech była po prostu cudowna. Teraz stojąc na parkingu przy drodze prowadzącej do Silent Hill - jej ukochanego miejsca, gdzie spędzili razem kilka cudownych chwil, często po prostu siedząc na pomoście, gapiąc się w wodę i rozmawiając o wszystkim - nie potrafił zrozumieć jak sprawy mogły potoczyć się w ten sposób. Nie umiał sobie tego wybaczyć. Ściskając w ręku
bukiet tulipanów które tak lubiła zszedł powoli kamiennymi schodami i ruszył leśną ścieżką na miejsce spotkania. Po 20 minutach drogi doszedł do żelaznej bramy która jęknęła przeciągle gdy ją popchnął. Bez trudu odnalazł właściwe miejsce. Ręce zaczęły mu się trząść, a po policzkach spłynęły dwie łzy które cicho spadły na wykonany z białego marmuru nagrobek, na którym wyryto napis "Rachel Jones. Zmarła w wieku 23 lat w tragicznym wypadku". Do tej pory słyszał drżący głos matki Rachel dzwoniącej by poinformować go o tragedii. Rachel jadąc samotnie do Silent Hill nie zapanowała nad wozem na jednym z zakrętów i spadła ze skarpy kompletnie rozbijając swojego Nissana Almere a sama w stanie krytycznym trafiła do szpitala. Tom natychmiast po otrzymaniu telefonu wsiadł do samochodu, lecz pomimo szaleńczej jazdy nie było mu już dane zobaczyć jej żywej. Nie umiał sobie wybaczyć że nigdy nie zdobył się na wyznanie jej swych uczuć. Sam nie wiedział czego się bał. Możliwości zniszczenia ich przyjaźni w wypadku odpowiedzi negatywnej? A może po prostu tego że nie podzielała jego uczuć traktując go jedynie jako wspaniałego przyjaciela? Jakie to jednak miało teraz znaczenie? Jego świat zawalił się w chwili śmierci Rachel. Prosił Boga by ten dał mu drugą szansę, lecz Bóg najwyraźniej nie miał na to ochoty. Tak więc Tom odciął się od świata. Oblał egzaminy końcowe i przestał spotykać się z przyjaciółmi spędzając większość wolnego czasu którego miał teraz w nadmiarze na wierceniu wzrokiem dziury w suficie.
Słońce chyliło się ku zachodowi gdy Tom Mason wsiadł do samochodu i uruchomił silnik. Wyjechał na drogę i mocno docisnął pedał gazu szybko oddalając się od Silent Hill. Samochód mknąc z ogromną prędkością wjechał w zakręt. Barierka odgraniczająca drogę od skarpy zaczęła się niebezpiecznie przybliżać.

...

Ciemność otaczająca Toma stopniowo zmieniała swój odcień na szarawy, a głosy go otaczające stawały się wyraźniejsze. Wreszcie szarość zmieniła się w oślepiającą biel w postaci jarzeniówki rozświetlającej pomieszczenie w którym się znajdował.
- Tommy! - znajomy głos odezwał się tuż obok - wreszcie się obudziłeś. Martwiłam się o ciebie
Z wysiłkiem obrócił głowę i natrafił wzrokiem na parę cudownych piwnych oczu wpatrujących się w niego z troską i charakterystycznym dla nich ciepłem.
- Rachel - wyszeptał i ponownie stracił przytomność

Rzeczywistość przywitała go słabym snopem światła wpadającym przez brudne okno. Pokonując ból usiadł na łóżku i rozejrzał się dookoła.
- Co do cholery – szepnął przerażony
Siedział na łóżku w małym pokoju szpitalnym. Sąsiednie łóżko leżało przewrócone w rogu, a spod niego ciągnęła się aż do drzwi za którymi znikała smuga jakiejś czerwonej cieczy. Zupełnie jakby kogoś ciągnięto po podłodze, zawalonej zresztą gruzem i śmieciami. Ściany wyłożone kiedyś białymi kafelkami, teraz straszyły ich pożółkłymi resztkami pokrytymi brudem i tą samą czerwoną cieczą co podłoga.
- Do diabła! Tom! Obudź się! – gorączkowe myśli przebiegały mu przez głowę. Powoli podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz, lecz nie dostrzegł niczego prócz gęstej mgły spowijającej okolicę. Jego wzrok przykuł natomiast mały znajomy przedmiot leżący na szafce nocnej przy jego łóżku – śliczny różowy kamień na łańcuszku – dokładnie taki jaki nosiła Rachel. Drżącymi rękami podniósł go pod światło i przyjrzał mu się dokładnie. Na jego górnej części widniały wygrawerowane maleńkie inicjały „R.J.”. Czy to naprawdę mógł być wisiorek Rachel? Czy ktoś po prostu robił mu głupi żart? Lecz czy ktoś mógłby być aż tak pozbawiony uczuć? Tom nałożył wisiorek na szyję i spróbował otworzyć drzwi prowadzące na korytarz, jednak te nie ustąpiły najwyraźniej zamknięte na klucz. Cofnął się lekko i spróbował je wyważyć ramieniem, lecz jedynym skutkiem był potworny ból który eksplodował w jego ręce i mocną falą dotarł aż do głowy. Nogi obsunęły się pod Tomem i ponownie ogarnęła go ciemność.

Gdy ciemność odeszła i zdołał otworzyć oczy spostrzegł że leży na zawalonej resztkami kafelek i gruzem podłodze dokładnie na smudze czerwonej cieczy znikającej pod drzwiami. Z krzykiem obrzydzenia próbował zerwać się na nogi, lecz te odmówiły posłuszeństwa i ponownie wylądował na podłodze. Ramię znów krzyknęło bólem i znów nadeszła ciemność.

Nie miał pojęcia jak długo był nieprzytomny, ale gdy powrócił do świadomości świat za oknem dalej spowijała gęsta mgła. Tom podjął kolejną próbę powstania, tym razem spokojną. Nagle jego ręka natrafiła na mały metalowy przedmiot. Ze zdumieniem spojrzał na mały klucz leżący w jego dłoni i natychmiast jego wzrok powędrował w kierunku drzwi. Zamek szczęknął metalicznie i drzwi stanęły otworem. Korytarz spowijał kompletny mrok, lecz Tom natychmiast poznał to miejsce. Miejsce w którym jego świat runął w gruzy. Pokój S8 w szpitalu Brookheaven w Silent Hill – miejsce w którym umarła Rachel.
- Co tu się stało? – szepnął do siebie spoglądając na ściany pokryte pleśnią. Gdzie ja jestem?
- Halo! Jest tu kto? – jego krzyk poniósł się echem po pustych korytarzach
- Pomocy! – spróbował jeszcze raz lecz ponownie odpowiedział mu jedynie równomierny cichy zgrzyt dobiegający z głębi korytarza.
Próbował znaleźć drogę po omacku, lecz gdy potknął się i prawie rozbił głowę o posadzkę doszedł do wniosku że nie jest to najlepszy pomysł. Zrozpaczony wrócił do pokoju w desperackim poszukiwaniu jakiegokolwiek źródła światła. Nie musiał długo szukać. Pod przewrócony łóżkiem dostrzegł małą latarkę. Baterie działały jakby dopiero włożone. Usiadł na swoim łóżku śmiejąc się przez łzy.

Gdy doszedł do siebie podjął kolejną próbę eksploracji korytarza. Stanął w drzwiach i przesunął przełącznik w latarce. W jej słabym świetle dokonał odkrycia że krwawe ślady na podłodze prowadzą wprost do drzwi windy. Pełen obaw nacisnął przycisk lecz nie przyniosło to żadnego efektu. Zaklął pod nosem i skierował trzęsący snop światła w głąb korytarza skąd wciąż dochodził równomierny cichy zgrzyt. Mocno ściskając w dłoni latarkę powoli ruszył przed siebie. Ocierając co chwilę zimny pot zalewający mu oczy mijał kolejne drzwi prowadzące do innych pokojów. Nie próbował ich nawet otwierać. Nie chciał wiedzieć co znajduje się wewnątrz. Wydostać się stąd – ta jedna myśl kotłowała mu się w głowie. Niepokój Toma rósł w miarę jak zgrzyt stawał się coraz głośniejszy, aż w końcu gdy przeszedł przez ciężkie wahadłowe drzwi na końcu korytarza ujrzał jego źródło. Wykrzywione koło przewróconego wózka inwalidzkiego obracając się powoli wypełniało pomieszczenie cichym odgłosem ocierania metalu o metal. Czując kolejną falę potu zalewającego mu oczy zatrzymał obracające się koło, a cisza natychmiast wypełniła puste korytarze. Jednak ta cisza była jeszcze bardziej przerażająca. Słysząc tylko szybkie uderzenia własnego serca, które zdawały się wypełniać całe pomieszczenie skierował swe kroki w kierunku schodów, lecz tu czekała go kolejna niespodzianka. W pewnym momencie schody się po prostu kończyły, a ciemna czeluść rozwierająca się pod nimi wybijała z głowy myśl o skorzystaniu z tej drogi. Nagle zza drzwi prowadzących z powrotem na korytarz 3 piętra dobiegł do uszu Toma znajomy równomierny zgrzyt. Czując jak serce podchodzi mu do gardła powoli uchylił drzwi i wyjrzał na zewnątrz. Koło wózka znów powoli się obracało wypełniając pomieszczenie hałasem.
- Jest tu ktoś? – krzyknął Tom
Jakby w odpowiedzi drzwi znajdujące się po drugiej stronie otworzyły się lekko. W tym samym momencie łańcuszek na szyi Toma zawibrował lekko.
- Wreszcie jakaś żywa dusza – odetchnął Tom z ulgą spoglądając na zbliżającą się do niego powoli postać pielęgniarki majaczącej w słabym świetle latarki po przeciwległej stronie pomieszczenia. Jednak coś było nie tak. Nie chodziło nawet o zakrwawiony i brudny fartuch. Postać kulała na jedną nogę a przy każdym jej kroku dawał się słyszeć głośny chrzęst łamanej kości. Kamień na łańcuszku wibrował coraz silniej. Gdy postać podeszła bliżej Tom krzyknął z przerażenia. Skóra pielęgniarki była śliska i miała siny kolor, a w miejscu gdzie powinna znajdować się twarz dostrzegł tylko strzępki skóry. Smród od niej bijący sprawił że Tom zgiął się w pół i zwymiotował na podłogę. Gdy podniósł wzrok pielęgniarka znajdowała się dwa kroki od niego i akurat zamierzała się na niego wielkim zakrwawionym nożem który dostrzegł w jej ręce dopiero teraz. Odruchowo odskoczył do tyłu a ostrze przecięło powietrze tam gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się jego głowa. Nie namyślając się długo rzucił się na oślep w kierunku ciężkich metalowych, wahadłowych drzwi którymi wszedł wcześniej do pomieszczenia. Potykając się o kawałki gruzu pokrywające podłogę i słysząc za sobą kroki dotarł do swojego pokoju, który w tej chwili wydał mu się najwspanialszym miejscem na ziemi. Zatrzasnął za sobą drzwi, a gdy pośpiesznie przekręcił klucz w zamku opadł na podłogę opierając się plecami o drzwi i próbując złapać oddech. Po chwili drzwi zatrzęsły się pod mocnymi uderzeniami, które jednak ustały po kilku minutach które Tomowi wydały się wiecznością. Zamknął oczy i dał się pochłonąć ciemności.

Obudził go odgłos uderzeń o drzwi.
- Tommy! – dał się słyszeć kobiecy głos z drugiej strony – Tommy otwórz te drzwi!
Rozpaczliwie rozejrzał się po pokoju szukając czegoś co mogłoby posłużyć jako broń. Po chwili poszukiwań wyłamał metalową rurkę z przewróconego lóżka i ściskając ją mocno w dłoni przekręcił klucz w drzwiach, po czym odskoczył na pewną odległość gotowy do zadania ciosu.
- Rachel? – szepnął gdy drzwi się otworzyły. Rurka wypadła mu z trzęsących się rąk
- Tommy! Co ci się stało biedaku? Wyglądasz okropnie – w jej głosie dało się słyszeć ciepło i troskę – Chodźmy stąd
- Ale... – próbował coś wyjaśnić, lecz Rachel chwyciła go za rękę i pociągnęła w kierunku windy. Nacisnęła przycisk i po chwili drzwi otwarły się ukazując ciemne klaustrofobiczne pomieszczenie. Pociągnęła go do środka wduszając przycisk z cyfrą 1. Drzwi zasunęły się i winda powoli zaczęła opadać w dół. Po chwili odrapane drzwi na pierwszym piętrze otworzyły się ukazując podobny korytarz jak u góry. Te same brudne pokryte pleśnią ściany i walający się wszędzie gruz. Minęli pustą portiernię i skierowali się w kierunku dużych kiedyś przeszklonych drzwi wyjściowych, których jedno skrzydło wyłamane leżało kawałek dalej. W drugim jakimś cudem ostała się jedna brudna pęknięta szyba. Wyszli na spowitą gęstą mgłą ulicę.
- Rachel? To naprawdę ty? – Tom patrzył na nią jak na ducha
- A wyglądam na kogoś innego głuptasie? – uśmiechnęła się czarująco – Tommy nie patrz na mnie w ten sposób
- Ale przecież... to niemożliwe... – oczy zaszły mu łzami a głos się załamał – przecież byłem na pogrzebie
- Twierdzisz że ja nie żyję? Lub że jestem tylko iluzją? – spytała wyraźnie rozbawiona i delikatnie przyciągnęła go ku sobie muskając palcami jego policzek – Czy wtedy mógłbyś poczuć mój dotyk? Mój oddech? – przyciągnęła go jeszcze bardziej tak że prawie stykali się ustami – Czy iluzja potrafi tak pocałować?
Jeśli to był sen Tom chciał by trwał wiecznie.

Do rzeczywistości przywołał go wisiorek który zaczął lekko wibrować na jego szyi.
- Wynośmy się stąd – szepnął Tom nerwowo rozglądając się dookoła próbując wzrokiem przebić mgłę która ograniczała widoczność do kilku metrów.
- O co ci chodzi Tommy? – spojrzała na niego zaskoczona
- Mam złe przeczucia. To miejsce... coś tu jest nie tak. Porozmawiajmy o tym gdzie indziej – wisiorek trząsł się coraz bardziej
- Może w Mist Cafe?
- Świetny pomysł. Prowadź
Szybkim krokiem przecięli ulicę i weszli na wąską dróżkę którą po chwili doszli do zakończenia Katz Street. Wisiorek na szyi Toma uspokoił się. Gdy minęli skrzyżowanie z Munson Street po lewej stronie drogi wyłonił się z mgły masywny trzypiętrowy budynek, w którym Tom bez problemów rozpoznał Blue Creek Apartment – największą w miasteczku do społu z sąsiadującą Wood Side Apartment kamienica mieszkalną. Dla części okien w budynku szyby były odległym wspomnieniem, inne były pozabijane deskami tworząc do społu z leżącym przed wejściem przewróconym rowerkiem dziecięcym niepokojący obraz.
- Co tu się u diabła stało? – szepnął do Rachel
- Też chciałabym to wiedzieć – odpowiedziała podążając za jego wzrokiem – Podobnie jak inni
- Inni? – w głowie czuł coraz większy zamęt - Ktoś jest w tym przeklętym miejscu poza nami?
- Jest jeszcze Steven
- Steven? Stary Steve? – przypomniał sobie właściciela lokalu do którego właśnie zmierzali – On wciąż prowadzi tą kawiarnię?
- A cóż innego miałby robić? – odpowiedziała pytaniem uśmiechając się uroczo.

...

Cafe Mist mieściło się na pierwszym piętrze żółtej kamienicy tuż przy skrzyżowaniu dwóch głównych ulic miasteczka – Katz Street i Neely Street stanowiąc doskonały punkt obserwacyjny. Tom otworzył szklane drzwi i wpuścił Rachel przodem. Kawiarnia będąca kiedyś przytulnym lokalem przedstawiała obecnie opłakany stan. Ze ścian schodziła tapeta, a podłogę pokrywała gruba warstwa kurzu i śmieci.
- Steve! – krzyknęła Rachel, lecz nie usłyszała odpowiedzi – Gdzie ten stary wariat się podział? No coż... rozgościmy się pod jego nieobecność. Siadaj Tommy i zaczekaj na mnie sekundkę. Tylko skoczę do toalety.
- Ta dziewczyna nigdy się nie zmieni – pomyślał Tom z rozbawieniem i usiadł przy jednym ze stolików stojących bezpośrednio przy szybie.
Spoglądając przez brudną i zaparowaną szybę na spowite mgłą puste ulice próbował na spokojnie poukładać wszystko w głowie, lecz im bardziej się nad tym zastanawiał tym większy miał w głowie zamęt. Czyżby jednak Bóg wysłuchał jego prośby i postanowił dać mu drugą szansę? Z zadumy ponownie wyrwał go wisiorek który nagle szarpnął się na jego szyi. W tym samym momencie z toalety dał się słyszeć przeraźliwy krzyk. Tom zerwał się z krzesła i w kilku susach dopadł do drzwi n które z rozpędem natarł barkiem, lecz te ani drgnęły.
- Tommy! Pomóż mi! Ze środka dał się słyszeć rozpaczliwy krzyk Rachel.
Nie zważając na ból który ponownie rozdarł jego rękę Tom z furią natarł na drzwi, lecz skutek był taki jak poprzednio.
- Zostawcie ją sukinsyny! – ryknął nieludzko
Odgłosy za drzwiami powoli zaczynały cichnąć. Wisiorek na szyi Toma znieruchomiał
- Rachel – jęknął cicho osuwając się na kolana. Ukrył twarz w dłoniach i zapłakał z bezsilności.

Nie potrafił określić jak długo klęczał pod drzwiami. Sens życia który odzyskał, ponownie został mu odebrany. Nie miał już siły. Wstał powoli i zrezygnowany od niechcenia pchnął drzwi damskiej toalety. Otwarły się cicho, ukazując małe pomieszczenie z kilkoma obskurnymi kabinami i pożółkłą umywalką po lewej. Drzwi pierwszej z kabin leżały połamane kawałek dalej. Tom czując jak serce zamiera mu w piersi powoli zajrzał do środka. Kabina z wyłamanymi drzwiami była pusta. Sprawdził pozostałe trzy lecz w nich również niczego nie znalazł. Poza rozbitymi drzwiami leżącymi w rogu nic nie wskazywało na to że coś się tu wydarzyło. Nagle wisiorek na szyi Toma ponownie zawibrował, a z wnętrza kawiarni rozległ się odgłos dzwonka charakterystyczny dla otwieranych drzwi wejściowych. Tom dopadł do drzwi prowadzących do toalety lecz spostrzegł że te nie mają zamka. Rozpaczliwie rozglądnął się w poszukiwaniu jakiejś drogi ucieczki, lecz pomieszczenie posiadało tylko jedne drzwi – te przy których właśnie stał. Wtedy właśnie przypomniał sobie niewielkie zamalowane okienko znajdujące się w ostatniej kabinie. Rzucił się w tamtym kierunku lecz dokonał kolejnego niemiłego odkrycia – okienko było zamknięte. Nie namyślając się długo chwycił największy fragment potrzaskanych drzwi i z całej siły uderzył nim w szybę, która z głośnym trzaskiem rozpadła się na kawałki. Kamień nerwowo szarpał się na łańcuszku. Tom zerknął w kierunku drzwi czego natychmiast pożałował
- Boże drogi – szepnął do siebie i nie zastanawiając się ani chwili skoczył przez rozbitą szybę. Razem z kawałkami szkła upadł na coś twardego, a jego ciało przeszył okropny ból. Uśmiechnął się lekko
- Nareszcie koniec – Po chwili przyszła ciemność i ból ustał.

...

- Obudź się królewiczu! – kobiecy głos natrętnie wtargnął do jego głowy przynosząc kolejną falę bólu.
- Gdzie ja jestem?
- Wreszcie odzyskałeś przytomność – Tom otworzył oczy i dostrzegł nad sobą rozmazany obraz pięknej niebieskookiej blondynki – Zaczynałam się o Ciebie martwić
- Gdzie ja jestem? – świadomość powoli wracała, a wraz z nią wspomnienia wydarzeń które miały miejsce – Kim jesteś?
- Jesteś w moim mieszkaniu. Znalazłam Cię nieprzytomnego na tyłach Cafe Mist i zaciągnęłam tutaj. Mów mi Meg – uśmiechnęła się do niego
- Tom – próbował się uśmiechnąć lecz wyszedł z tego tylko niezdarny grymas -A potwory? Nie natknęłaś się na żadnego?
- Potwory? – spytała zaskoczona – Jakie potwory?
Słabym głosem opowiedział jej o tym co zobaczył w szpitalu i kawiarni, lecz ona tylko uśmiechnęła się wyrozumiale
- Musiałeś mocno uderzyć się w głowę przy upadku. Powinieneś dużo odpoczywać
- Tu nie jest bezpiecznie – szepnął cicho i poczuł jak znów opada w czarną otchłań.

Gdy otworzył oczy nadal otaczała go ciemność rozświetlana jedynie światłem bijącym od telewizora w sąsiednim pokoju. Pokonując ból towarzyszący każdemu ruchowi usiadł na łóżku
- Jest tu kto? – krzyknął głośno, lecz odpowiedział mu jedynie szum dobiegający zza uchylonych drzwi.
Czując narastający strach pchnął je lekko i jego oczom ukazał się pokój z masywnym fotelem stojącym naprzeciw migoczącego telewizora. W fotelu ktoś siedział.
- Meg? – spytał niepewnie obchodząc fotel. Odkrycie którego dokonał sprawiło że dech zamarł mu w piersiach. Na fotelu wpatrując się w przestrzeń szklanymi, szeroko otwartymi oczami siedziała Meg. Piękne włosy opadały jej na ramiona, poniżej których widniała kilkunastocentymetrowa rana na wylot zadana jakimś wielkim ostrym narzędziem. Oddychając ciężko Tom wrócił do swojego pokoju. Na krześle obok łóżka wisiała jego kurtka. Sięgnął do jednej z wewnętrznych kieszeni i znalazł to czego szukał – latarkę znalezioną w szpitalu. Jasny snop światła rozświetlił pomieszczenie wydobywając z mroku zabite deskami okna i obskurne ściany. Drzwi wyjściowe, a właściwie to co kiedyś nimi było były otwarte na oścież. Nagle wzrok Toma padł na stół kuchenny na którym leżał jakiś metalowy przedmiot, którego nie umiał rozpoznać z tej odległości. Podszedł bliżej i podniósł rewolwer, który ajkby nigdy nic leżał na stole. Obrócił go ostrożnie w dłoniach i sprawdził bębenek. Wszystkie 6 nabojów tkwiło na swoich miejscach.
- Koniec przyjęcia przyjaciele – mruknął pod nosem i z rewolwerem w prawej ręce, a z latarką w lewej wyszedł na korytarz. Jego kroki odbiły się echem w pustym korytarzu. Nagle uświadomił sobie, że szum telewizora który do tej pory mu towarzyszył – ustał. Z mieszkania do jego uszu doszedł za to dziwny odgłos przypominający ciągnięcie ciężkiego metalowego przedmiotu po posadzce. Dźwięk powoli zaczął się stawać coraz bliższy, lecz kamień na szyi Toma ani drgnął. Tom wycelował rewolwer w drzwi i powoli zaczął się cofać. W tej samej chwili ciągnąc za sobą po ziemi ogromnych rozmiarów tasak, w drzwiach stanęła potężna postać w zachlapanym krwią fartuchu rzeźnickim. Jej twarz skryta była w mroku. Powoli obróciła głowę w kierunku Toma i ruszyła w jego stronę. Zimny pot ponownie zaczął zalewać Tomowi oczy, a ręce zaczęły się trząść uniemożliwiając precyzyjne oddanie strzału. Nacisnął spust lecz trafił w ścianę kilkanaście centymetrów od głowy potwora. Czując że robi mu się coraz goręcej wszedł na schody i zaczął tyłem schodzić w dół wciąż mierząc przed siebie. Rzeźnik podążył za nim. Kolejny odgłos wystrzału wstrząsnął budynkiem, lecz pocisk ponownie nie dotarł do celu. Tom wymierzył pistolet w korpus potwora i nacisnął spust. Pocisk utkwił w klatce piersiowej kreatury nie wyrządzając jej jednak żadnej krzywdy.
- Skup się Tommy – szepnął do siebie. Wziął głęboki wdech i wymierzył precyzyjnie. Głową rzeźnika szarpnęło do tyłu. Z trudnością łapiąc równowagę postąpił kilka kroków przed siebie, lecz w tym momencie powietrzem wstrząsnął kolejny odgłos wystrzału. Monstrum wypuściło z ręki nóż i z jękiem opadło na ziemię. Tom nie miał zamiaru sprawdzać czy na dobre się go pozbył. Zlany potem, słaniając się na nogach wybiegł na ulicę. W rewolwerze znajdowała się jeszcze jedna kula. W głowie Toma zrodził się plan. Powoli ruszył w kierunku parku.

Idąc przez park Rosewater w kierunku jeziora mijał liczne rzeźby wpatrujące się w niego przez mgłę swymi smutnymi, kamiennymi oczami. Zatrzymał się dopiero na małym brukowanym placyku z którego w słoneczny dzień roztaczał się wspaniały widok na jezioro i znajdujące się po jego drugiej stronie resztki hotelu „Lake View”, który spłonął przed kilkoma laty. Teraz widoczność ograniczała biała zasłona która opadła na całe miasto. Tom usiadł na ławce i wyjął z kieszeni rewolwer.
- Czas z tym wszystkim skończyć Tommy – pomyślał i przyłożył pistolet do skroni, gdy nagle do jego uszu dobiegł dźwięk, którego najmniej się spodziewał – odgłos zbliżających się kroków.
- Tommy! Nie rób tego! – kobiecy głos rozległ się tuż za nim – Nie zostawiaj mnie tu samej
Obrócił się powoli nie mogąc uwierzyć własnym uszom
- Rachel? – rewolwer upadł na wilgotny bruk
Z uśmiechem zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała mocno.
- Ale jak... – chciał spytać Tom, lecz Rachel położyła mu palec na ustach
- Czy to ważne? – odparła beztrosko jakby nic się nie stało – Usiądźmy na chwilę i popatrzmy na jezioro jak dawniej

Długie milczenie przerwał Tom
- Rachel – głos uwiązł mu w gardle – muszę Ci coś powiedzieć. Coś o czymś powinienem powiedzieć ci dawno temu, lecz nie miałem odwagi
- Nic nie musisz mówić Tommy – mrugnęła do niego – Chyba nie sądzisz że jestem ślepa? ...Tak. Ja ciebie też – dodała jakby odpowiadając na pytanie zanim zostało ono zadane.
Wtulona w jego ramię spojrzała na jezioro przebijając wzrokiem gęstą białą mgłę.

...

Epilog

Światła policyjnego radiowozu i karetki pogotowia stojącej kawałek dalej oświetlały pobocze drogi i rozbitą barierkę kiedyś oddzielającą drogę od skarpy. John Longwood – średniego wieku mężczyzna o głębokich ciemnych oczach sięgnął po krótkofalówkę.
- Wóz 3 do bazy! Baza czy mnie słyszysz? Odbiór
- Słyszę cię dobrze John. O co chodzi? – z krótkofalówki odpowiedział mu zachrypnięty głos szeryfa
- Wypadek na drodze numer 304 kilkanaście kilometrów przed Silent Hill. Niebieski ford mustang wypadł z drogi i spadł ze skarpy. Jedyny pasażer zidentyfikowany jako Tom Mason zginął na miejscu – spojrzał na zwłoki młodego mężczyzny leżące kawałek dalej. Na jego szyi na łańcuszku wisiał mały różowy kamień.

koniec
 
 
Sietra 
Administrator


Wiek: 24
Dołączył: 25 Sty 2005
Posty: 2056
Skąd: Silent Hill
Wysłany: 26-07-2005, 08:28   

Witam nowego użytkowinika. Widzę, że lubisz pisać opowiadania, całkiem nie źle poszło, ale wnioskuję także, że lubisz samochody :wink: Znowu główny bochater to Mason (jest spokrewiony z Harrym, czy to tylko zbieg nazwisk?). Czekam na następną część.
_________________
Have you seen a little girl around here?
 
 
 
omatto 


Wiek: 24
Dołączył: 25 Lip 2005
Posty: 80
Wysłany: 26-07-2005, 09:41   

Co do samochodow - bo ja wiem czy jakos wyjatkowo :) Co do nazwisk raczej zbieg oklicznosci. Nie bede dorabial Harremu krewnych na sile bo mi z tego Klan wyjdzie :P Czekam na uwagi odnosnie kolejnych wypocin :)

[ Dodano: 2005-07-26, 23:56 ]
Zgodnie z obietnica zamieszczam kolejna czesc opowiadania. Jestem otwarty na krytyke i pomysly co do tytulu :)
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Style WoW created by Matti
Modified by Devlock for Silent Hill Town Center
Powered by Silent Hill Fever
- mangi