Lato w tym roku było wyjątkowo upalne. Można powiedzieć że żar lał się z nieba. W sklepach ustawiały się kilkukilometrowe kolejki po zimną wodę. Ptaszki walczyły o każdą krople wody z fontanny. Ludzie nie wychodzili z domów od godziny 12:00 aż do wieczora. W szpitalu było pełno osób cierpiących na przegrzanie czy też udary mózgów. Czwórka najlepszych przyjaciół postanowiła wybrać się późnym wieczorem na ognisko do pobliskich lasów. Steve ze swoją dziewczyną Kate oraz Jason ze swoją wybranką Victorią. Całą gromadką około godziny 19:00 po uprzednim „zaopatrzeniu się” pojechali niebieskim Cadilackiem Steve’a. Z radia słychać było łagodny rock. Po około półgodzinnej jeździe Steve zatrzymał samochód i zgasił silnik. Kluczyki włożył do kieszeni. Radio umilkło. Steve razem z Kate podszedł do uprzednio przygotowanego miejsca na ognisko i zaczął przygotowywać chrust. Kate beztrosko bawiła się zapalniczką.
-Vicki pomożesz mi? – zapytał miło Jason.
-No jasne. – Uśmiechnęła się Vicki.
Podał jej reklamówkę w której były kiełbaski, chlebek i musztarda. Sam wyciągnął z bagażnika zgrzewkę piwa. Steve zdążył już zapalić ogień. Było nieco chłodno aczkolwiek przyjemnie. Jason ułamał cztery długie proste kije po czym nabił na każdy kiełbaskę i rozdał. Przez godzinę rozmawiali, pili piwo, śmiali się i jeszcze więcej rozmawiali. Atmosfera była naprawdę przyjemna. Kate tak się zagadała że spaliła swoją kiełbaskę na węgiel. Dziewczyny niewiele zjadły tłumacząc się „dbaniem o linię”, natomiast chłopaki obżerali się jak dzikie świnie. Po półtorej godzinie Vicki poprosiła Jason’a o rozmowę w cztery oczy. Odeszli nieopodal pod drzewo po czym zaczeli rozmowę.
-Najadłeś się? – Zapytała lekko ironicznie i lekko nerwowo.
-Co się stało?
-A nic nic, muszę ci coś powiedzieć… Coś bardzo ważnego. Możliwe że najważniejszego w moim życiu.
-Słucham. – Odparł Jason domyślając się o co jej chodzi.
-Ja… - złapał ją za rękę.
-Ja Ciebie też kocham. – Odparł i uśmiechnął się do niej wesoło o czym pocałował namiętnie. Kiedy już skończyli Vicki powiedziała:
-I właśnie za to cię podziwiam, zawsze prosto z mostu i zawsze bez wahania – Przerwała – Za to Cię kocham.
-Och, jakie to wzruszające… - Usłyszeli głos zza drzewa.
Wtedy stało się coś czego nigdy by się nie spodziewali w takiej chwili jak ta. Zza drzewa wyskoczył człowiek, ubrany na czarno z kominiarką na głowie i maczetą w ręku. Złapał Jason’a od tyłu po czym jednym płynnym ruchem poderżnął mu gardło. Krew trysnęła na twarz Vicki oślepiając ją. Vicki przeraźliwie krzyknęła po czym rzuciła się do ucieczki. Steve i Kate nie wiedząc co się dzieje spojrzeli w stronę krzyków, kiedy obok nich przemknęła krzycząca Vicki. Odruchowo oni również zaczeli uciekać nie bardzo wiedząc przed czym. Steve oczywiście był najszybszy a za nim biegła Kate która miała na nogach Adidasy. Vicki była najwolniejsza bo miała kozaki na wysokich obcasach. Niestety na ścieżce wystawał korzeń o który się potknęła. Zwaliła się głucho na ziemię. Wiedziała że to już koniec, że nawet Bóg jej nie uratuje. Intuicja ją nie myliła, morderca złapał ją i odwrócił na plecy po czym siadł na niej trzymając za ręce. Pochylał się nad nią. Czuła jego oddech na twarzy. Bała się jak nigdy przedtem. Patrzyła w wielkie rozszerzone oczy mordercy który chce ją właśnie zabić. Próbowała walczyć, szarpała się, targała głową na boki, daremnie… Żelazny uścisk nie pozwalał jej na wyswobodzenie się.
-Proszę. – Wystękała. – Nie zabijaj mnie…
-Ani myślę mała. – Pochylił się nad nią ukazując jej szeroko rozszerzone niebieskie oczy. - Pamiętasz czasy podstawówki? Pamiętasz pewnego małego chłopaka, śmiertelnie nieśmiałego, którego nikt nie lubił i z którego wszyscy się śmiali? Zgadnij kim on jest…
-O… O czym ty mówisz?
-Silent Hill zapamiętaj to… A zresztą i tak nic Cię już nie uratuje.
Puścił ja po czym wyciągnął zza pasa swoją maczetę i wbił jej prosto w głowę. Nie szamotała się oszołomiona tym co powiedział. Nie poczuła bólu.
Natomiast Steve i Kate pędzili ile sił w nogach w stronę samochodu. Steve miał o wiele większa przewagę. Dobiegł do drzwi po czym nerwowo je otworzył szarpiąc się chwile z klamką. Wsiadł po czym szybko wyciągał kluczyki z kieszeni. Z racji że miał Jeansy była to trudna sztuka i śpiesząc się tylko pogarszał swoją sytuację. Wciąż miał przed oczami zakrwawioną twarz Vicki która biegła panicznie się czegoś bojąc. W końcu Kate dobiegła go samochodu po czym szybo i sprawnie, niczym komandos, wskoczyła przez otwartą szybę, na tylne siedzenie. Steve wreszcie wyjął kluczyki po czym wsadził je, trzęsącą się dłonią, do stacyjki. Odpalił po czym spojrzał przez okienko w stronę z której przybiegli. Ostatnią rzeczą jaką zobaczył była twarda pięść rozbijająca szybę i lecącą wprost na jego twarz. Potem stracił przytomność. Nigdy się nie obudził… Kate krzyknęła przeraźliwie kiedy Steve dostał piąchę a potem maczetą w głowę. Krew trysła na siedzenie pasażera. Morderca Wygramolił się z okienka kierowcy po czym spokojnie otworzył drzwi, złapał ją za włosy i wytargał na zewnątrz. Nie miała siły się bronić. Jej ciało stało się bezwładne, całkowicie miękkie. Strach ją całkowicie sparaliżował. Morderca rzucił nią o ziemie po czym usiadł na jej plecach. Uniósł wysoko maczet po czym szybkim ruchem wbił ją w głowę Kate.
Ptaki gwałtownie zerwały się z zarośli…
Rankiem policja znalazła cztery ciała okrutnie poranione, było na nich około stu ran ciętych zadanych ostrym narzędziem. Jedno ze zwłok, najprawdopodobniej kobiety, zostało obdarte ze skóry. Wszystkie leżały w rządku nieopodal samochodu. Ciała leżały całą noc bo, kiedy funkcjonariusze przyjechali, na ciałach siedziało mnóstwo kruków obgryzając świeżutkie mięsko…
Godzina 22:00, 25 Grudzień, 2112r.
Rok 2112… Czas w którym ludzkość skolonizowała wiele planet a podróże międzygwiezdne są codziennością. Ludzie przekonani że nie ma żadnych innych istot pozaziemskich bez najmniejszych skrupułów zajmowała kolejne planety i urbanizowała je. Lecz tego roku w sierpniu stało się coś strasznego. Na planecie Nova pojawiły się inne formy życia, bardzo inteligentne i bardzo okrutne. Zwane są Loctusami. Wyszły one z pod ziemi po czym uzbrojone w najnowszy sprzęt rozpoczęły krwawą krucjatę na ludności cywilnej. Kiedy doleciały posiłki z planety Nemezis mogli ich już tylko pomścić. W wielkiej bitwie wojska GOP zostały rozgromione w zastraszającym tempie. Wojsko wycofało się do Violet Town, ostatniej enklawy ludzkości na tej, straconej już planecie. Niestety okazało się że w pewnym mieście nieopodal została jeszcze grupka ludzi wołająca S.O.S. Jak stare prawo karze nie wolno takiego sygnału ignorować nawet jeśli dobiega z wnętrza piekła. Na ratunek wysłano specjalną grupę komandosów GOP. Okazało się że sygnał nadały Loctusy, aby zwabić żołnierzy i ich wytłuc co do nogi. Jednak bardzo się przeliczyli. Świetnie wyszkoleni i sprawni w warunkach bojowych komandosi zdołali odeprzeć cały legion przeciwników. Przeżyło ich tylko czworo. Schronili się na stacji benzynowej. Ich priorytetem jest teraz zatankowanie do pełna wojskowego Dżipa i ucieczka z tej paszczy lwa. Jednym z ocalałych jest Marcus Fenix, który siedział teraz schowany za wrakiem jednego z samochodów i notował coś w małym czarnym zeszyciku. Wyglądało to dosyć dziwnie… Wielki chłop którego biceps jest szerszy niemal od głowy, a w pełnej zbroi na sobie jest większy od przeciętnego człowieka o co najmniej głowę, pisze coś malutkim ołówkiem w malutkim notesiku który mógłby bez problemu zmiażdżyć. Nagle jego dowódca krzyknął mu aby przestał się zachowywać jak baba bo nadciągają Loctusy. Marcus zerwał się z ziemi po czym schował notesik i przeładował swój karabin. Mieścił on sześćdziesiąt kul i był specjalnie na jego życzenie przerobiony tzn. w miejscu pod lufą był doczepiona mała piła spalinowa która niezwykle skutecznie cięła przeciwników w walce wręcz. Fenix nacisnął specjalny guziczek nieopodal przycisku odpowiedzialnego za wyciągnięcie magazynku, piła zaryczała i wypluła z siebie smugę czarnego dymu niczym zdenerwowany smok przebudzony z drzemki.
-Przygotować się! – Krzyknął dowódca.
Marcus wprowadził pierwszy nabój do lufy po czym oparł się o samochód i wycelował w schody nieopodal, jedyne miejsce z którego mogą wybiec przeciwnicy. Nie musiał czkać długo. Ze schodów zbiegło jednocześnie czterech wielkich, złych i bardzo brzydkich Loctusów. Rozproszyli się w mgnieniu oka na wszystkie strony i niezwykle szybko, kucając, schowali się za murkiem.
-Otworzyć ogień. – Wydarł z siebie potężny głos, dowódca.
Jak na komendę jeden Loctusów wychylił się zza murka po czym stracił głowę za sprawą naszego bohatera. Kolejne dwa Loctusy wyskoczyło zza murka o czym strzelając wyjątkowo celnie ruszyli do szturmu. Marcus słyszał nad głową przelatujące kule a także serie z karabinów swoich kolegów. Fenix wyskoczył zza drugiego krańca samochodu po czym jedną celną serią posłał przeciwnika do krainy wiecznych łowów. Potem wstał i opierając broń o biodro zmasakrował kolejnego z przeciwników. Tamten oddał kilka strzałów aczkolwiek odbiły się one od adamantowego pancerza.
-Marcus debilu chcesz stracić głowę? – Wydarł się na niego dowódca który akurat stał na dachu stacji benzynowej którą bronili.
Wierny wojownik natychmiast posłuchał i przywarł do boku samochodu. Wtedy zza winkla wyskoczył czwarty z Loctusów i z głośnym okrzykiem ruszył na naszego bohatera próbując mu zadać cios kolbą. Marcus tylko się uśmiechnął po czym wbił mu piłę w bark i przeciął go na pół ochlapując swoją zbroję i wrak samochodu hektolitrami krwi. Strzały wokoło ucichły.
-To był tylko zwiad… – Dało się słyszeć głos jednego z żołnierzy. – Wycofują się skurczybyki.
Lecz prawdziwa bitwa miał się dopiero rozpocząć…
15 Lipiec, 1994r.
-Jak nazywa się to miasto?
-Silent Hill… Straciliśmy z tym miastem wszelki kontakt. Mieszkańcy nagle zniknęli, całe miasto nagle przestało wykorzystywać prąd z elektrowni kilka kilometrów dalej. Wysłaliśmy kilku mechaników żeby sprawdzili co się stało lecz nie wrócili. Po tym wysłaliśmy nasz oddział szybkiego reagowania, drużynę Charlie, oni też przepadli bez śladu… Nie wiemy co robić. Wszystkie próby skontaktowania się z miastem kończą się spaleniem radia i wywaleniem korków.
Prezydent oparł się o krzesło po czym złapał się za garbek nosa i zamknął oczy. Rozmyślał.
-Sir? – Odezwał się jego doradca. Jego głos przeniósł się echem po Sali konferencyjnej w której siedziało łączne pięć osób. – Wszystko w porządku?
-Tak, kompletnie nie wiem co robić.
-Może wezwiemy gwardie narodową?
-To by była zbyt głośna akcja pozatym nie wiemy co jest spowodowane tym zajściem.
-Musimy wysłać zwiadowców aby zbadali sprawę!
-I żeby skończyli tak jak kompania Charlie?
-To może pozbędziemy się problemu bombami?
-Nie, nigdy nie wydam rozkazu zbombardowania niewinnych ludzi, co więcej moich rodaków…
-To ja już nie wiem… - Powiedział ze zrezygnowaniem doradca.
-Panie prezydencie. – Odezwał się nieśmiało młody mężczyzna w wojskowym ubraniu. Sygnatury na ramieniu wskazywały na to że jest podpułkownikiem. – Może zbiorę swoich najlepszych ludzi i wyślemy ich aby zbadały zagadkę Silent Hill?
-Niestety, nie mamy innego wyjścia. Jeśli to nie poskutkuje to będziemy musieli otoczyć miasto i zbadać sprawę nieco bardziej drastycznymi środkami…
-To nie będzie konieczne. – Uśmiechnął się chłopak.
Wyszedł on szybkim krokiem z sali a za nim wyszli pozostali.
1 Lipiec, 1994r.
-Nigdzie nie pojedziesz…
-A właśnie że pojadę!
-Nie ma mowy, wybij sobie to z głowy.
-Ale dlaczego? Mam już skończone 18 lat.
-Dobra dobra, skończysz je dopiero za trzy lata młoda damo.
-No i co?
-No i nic, koniec dyskusji. Nigdzie nie pojedziesz, pozatym nie podoba mi się ten twój chłopak od samego początku. Jak on miał? Tom?
-Tim…
-No właśnie Tim. Ile on ma właściwie lat?
-20 ale to nie ma nic do rzeczy!
-Jak to nie? Uważasz że 20-kilku latkowie to odpowiednie towarzystwo dla takiej jak ty?!
-Tato…
-Dobrze wiesz że im chodzi tylko o jedno.
-Tim taki nie jest.
-Nie? To dlaczego chce Cię wyciągnąć samą do jakiegoś miasteczka wypoczynkowego kilkaset kilometrów stąd?
-Silent Hill, jedziemy do Silent Hill. To bardzo ładne, małe, ciche i spokojne miasteczko.
-Dobra dobra… Poprawka: NIE jedziecie!
-Pojadę nawet bez twojej wiedzy! – Krzyknęła sfrustrowana Laura, po czym odwróciła się na pięcie i wyszła z kuchni. Chris, jej ojciec, usłyszał tylko trzask drzwiami.
-Ech… Za babami nigdy nie nadążę… - Pomyślał.
Kłótnia się toczyła między nim a jego córką która chciała pojechać na dwa tygodnie na wakacje razem ze swoim, nieco starszym, chłopakiem… Mieli jechać do małego miasteczka wypoczynkowego o wdzięcznej nazwie Silent Hill.
Chris wrócił do mycia naczyń. Potem poszedł oglądać telewizję. Po kłótni musiał odreagować emocje. Około północy, już całkiem spokojny, położył się spać. Nie lubił pozostawiać spraw nierozwiązanych, a także nie lubił się kłócić, zwłaszcza ze swoją córką, którą kochał nad życie i dla której zrobił by wszystko. Postanowił rankiem się do niej wybrać i porozmawiać na spokojnie.
Przygotował dla niej płatki kukurydziane z mlekiem i niosąc je na tacy chciał ją przeprosić za wczorajsze. Kiedy wszedł do pokoju zastał tylko nie zaścielone łóżko, otwarte szuflady z których były powyciągane różne rzeczy, widać śpieszyła się, a okno było otwarte. W pokoju panował ogólny bałagan. Na łóżku leżała karteczka. Chris położył talerz na szafce nocnej i wziął list do ręki, po czym odczytał.
Kochany tatusiu.
Pojechałam z Tim’em do Silent Hill. Wiem że niezbyt go lubisz lecz to mogą być dla mnie niezapomniane wakacje. Nie chciałabym takiej okazji zmarnować. Nie martw się o mnie. Z Tim’em nic mi nie grozi. On opiekuje się mną i czuje że jestem z nim bezpieczna. Wrócę za dwa tygodnie. Nie próbuj dzwonić. Nic mi nie będzie, naprawdę. W razie problemów sama zadzwonię.
Kocham Cię.
Całuję.
Laura.
Po odczytaniu Chris zacisnął zęby i zgniótł liścik po czym cisnął nim o ziemię. Miał wielką ochotę wsiąść do auta, pojechać za nimi, odnaleźć ich i spuścić Tim’owi łomot. Lecz tego nie zrobił.
-Niech teraz się bawią, jak wrócą to popamiętają mnie do końca życia. – Pomyślał po czym ubrał się i poszedł do pracy.
16 Lipiec, 1994r.
Tej nocy w centrum dowodzenia panowały nudy. W sekcji odbierania meldunków panowały największe nudy. Na obecnej zmianie siedział Robert. Trzymał nogi na radiostacji, słuchawki wisiały mu na szyi, siedział mocno odchylony na starym krześle i słuchał po cichu muzyki. Patrzył w sufit.
Nagle odebrał pewny sygnał. Przerażony głos krzyczał:
-Mayday, Mayday!
Robert niczym oparzony siadł normalnie, założył słuchawki na uszy po czym odpowiedział do mikrofonu.
-Tu baza, odbiór.
-Ratunku! Tu jest… - Dalsza wypowiedź zagłuszyły trzaski w radiu.
-Kim jesteście? Co tam jest, powtórz, odbiór.
-Jesteśmy drużyna Alpha, zostaliśmy wysłani z tajną misją… - Trzaski i szmery – Coś nas złapało. – Głos był straszliwie przerażony, krzyczał do mikrofonu.
-Powiedz co! Gdzie jesteście?
-Jesteśmy w Silent Hill, zostaliśmy wysłani z niezwykle tajną misją dlatego nic o tym nie wiesz. John i Jeremy nie żyją. Jezu Chryste to chce mnie teraz dopaść.
-Ale co, powiedz!
-Nie wiem, wygląda jak… – szmery – Nie proszę nieeeeeeeeeeeeeeee!!
Radiostacja umilkła. Zszokowany i przestraszony Robert oparł się o oparcie. Cóż to mogło znaczyć? Kim był ten ktoś? Kto nadał ten przerażający meldunek? Na te pytania Robert nie mógł znaleźć odpowiedzi. Chwycił telefon aby zameldować o tym dowódcy…
Godzina 22:00, 17 Lipiec, 1994r.
Chris jechał w stronę Silent Hill pełen niepokoju i strachu. Jego córka powinna wrócić już dwa dni temu, aczkolwiek nie otrzymał od niej żadnej wiadomości. Nie wiedział co to może znaczyć. W telewizji usłyszał że nagle kontakt z miastem się urwał, a wszystkie próby nawiązania kontaktu spełzły na niczym. Najwidoczniej sprawa przeciekła do mediów. Chris bojąc się panicznie o swoja córkę natychmiast chwycił kluczyki i ruszył do Silent Hill z nadzieją że ją odzyska i dowie się co było przyczyną zerwania kontaktu. Z dziwnym uczuciem zimna w brzuchu pędził dalej w stronę miasta…
Godzina 22:30, 25 Grudzień, 2112r.
Bitwa była wspaniała i ciężka. Marcus pruł z karabinu we wszystko co się ruszało. Zza rogów wysypywały się „tony” Loctusów. Z okolicznych wieżowców zjeżdżali na linie następni do wycięcia… Chaos jaki zapanował trudno było opisać. On stał za tym samym samochodem i wyrzynał kolejne hałdy mięsa. Wskaźnik zatankowania pojazdu wskazywał 90% lecz Marcus wątpił żeby udało im się wyjechać z tego, zapomnianego przez bogów, zakątka. Odwrócił się i jego oczom ukazał się widok wylatującej w powietrze stacji benzynowej. Głowa jego dowódcy spadła z głuchym trzaskiem obok jego nogi, po czym rozpadła się na kilka kawałków. Marcus był twardym chłopem aczkolwiek wizja zostania samemu na tym polu bitwy nie dodawała otuchy. Rozejrzał się on wokoło i dojrzał dwa pozostałe ciała kompanów, posiekane przez karabiny nieprzyjaciela.
-Cholera – Mruknął do siebie po czym zaczął się powoli wycofywać.
Loctusy wiedziały już że wygrały. Wszystkie wyszły ze swoich kryjówek po czym zaczęły powoli zbliżać się do Marcus’a. Ten strzelał we wszystkie strony ale w tym momencie było to daremne. Otaczali go powoli i szli do niego z opuszczonymi karabinami… Przypominało to hordę zombie. Samochód, którym mieli się wydostać z tego koszmaru, wyleciał w powietrze. Ostatnia nadzieja umarła. Marcus wycofywał się coraz bardziej.
-Gińcie skurwiele! – Krzyczał.
W końcu poczuł na plecach zimną ścianę. To koniec. Loctusy były coraz bliżej. Tak blisko że mógł każdemu z nich przystawić karabin do głowy i zabić. Tak też uczynił lecz inny, celnym ciosem w skroń, pozbawił go przytomności…
Godzina 22:20, 17 Lipiec, 1994r.
Chris zatrzymał samochód. Wokół panowała gęsta mgła. Wysiadł po czym spojrzał do góry. Był tam bilbord z napisem „Witamy w Silent Hill.”
-To tutaj… - Pomyślał.
Nagle silnik zgasł. Zdziwiony mężczyzna wsiadł spowrotem i odszukał kluczyk w stacyjce. Złapał go i przekręcił lecz wydał mu się za miękki… Nic się nie stało. Samochód nawet leniwie nie parsknął. Spojrzał odruchowo na kluczyk i ledwo co wstrzymał wymioty. Zamiast kluczyka tkwił tam palec. Wyglądał na odcięty już dawno temu bo był zimny i cały siny. Paznokieć był nie obcięty a za nim było sporo dziwnego czerwonego brudu. Krwi. Chris gwałtownie zabrał rękę i wyskoczył jak oparzony z samochodu.
-Co to do cholery było? Co tu się dzieje? – Myślał głośno sapiąc. Obszedł samochód i zabrał ze schowka latarkę, po czym ruszył przed siebie. Po kilku minutach marszu i wsłuchiwania się we własne stukanie butów o beton dotarł w końcu do jakiegoś budynku. Był to zwykły Dom jakich wiele amerykańskim mieście. Na ulicach było dość jasno mimo iż mgła była tak gęsta że nie było widać drugiego końca ulicy. Chris ruszył dalej. Na ulicach było zupełnie cicho. Nagle z oddali dało się słyszeć dość długi dźwięk przypominający serię z karabinu.
Do Chrisa wróciły dawne wspomnienia. Wspomnienia z wojny w zatoce perskiej. Operacja Pustynna Burza w której brał udział. Wtedy jego oddział zdobył opuszczone miasto podobne do tego jednak nie tak obcego i poniekąd przerażającego. Wezwali wtedy posiłki i mogli tylko słuchać dźwięków wystrzałów w oddali.
Wyrwał on się z osłupienia. Potrząsnął głową.
-To nie ma sensu. – Pomyślał.
Już miał zamiar iść kiedy:
-Ej!
Usłyszał dziwny głos. Nie przypominał on głosu człowieka aczkolwiek zdawało mu się że ten ktoś powiedział „Ej”. Dźwięk przypominał przejechanie wilgotną ręką po szybie. Chris spojrzał w tamtą stronę ale nic nie zauważył. Nie chciał wyciągać z tego wniosków, ale myślał że traci zmysły. Ruszył przed siebie. Po paru minutach zdołał zapanować nad swoim oddechem i nerwami kiedy z mgły zaczęło się cos wyłaniać. Było to cos dużego i nieco kwadratowego w wielkim kolcem wystającym z boku. Kolec na końcu był zakrzywiony lecz nie był ostry ale tępy, ścięty. Podbiegł bliżej i sylwetka była coraz bardziej wyraźna. Dymiła się. W końcu znalazł się na tyle blisko aby móc rozpoznać ów „coś”. Był to wojskowy helikopter. Leżał roztrzaskany na chodniku. Jego przód był zgrabnie wkomponowany w ścianę. Z jego największego śmigła unosiła się leniwie czarna smuga dymu. Chris podszedł bliżej i zajrzał do środka. Widok był straszliwy. Nasz bohater znowu ledwo co wstrzymał wymioty. W środku zdezelowanego wraku było pełno krwi, posiekanych, porozpruwanych zwłok i łusek od karabinów. Dwóch pilotów z przodu miało odcięte głowy. Dwóch kolejnych „pasażerów” ubranych w moro, siedziało spokojnie na swoich miejscach zaraz za pilotem. Ich głowy były poprzebijane na wylot. Dało się widzieć mózg. Kolejne dwie ofiary leżały na podłodze. Jedna z nich była posiekana przez kule i ugryziona w szyję, a druga była okrutnie pocięta. Jej flaki były porozrzucane po całym helikopterze. Jelita wisiały na ścianach zaczepione o jakieś przypadkowe haki. Ich miny były straszne. Wielkie oczy i otwarte buzie. W tylnej części helikoptera leżały, na kupce, poćwiartowane, kolejne zwłoki. Ręce, nogi, przedramiona, uda, głowy i tułowia sprawiały straszne wrażenie. Chris natychmiast odskoczył trzymając się za usta. Odruch wymiotny był zbyt silny. Podbiegł do jakiegoś drzewa, oparł się o nie i zwymiotował. Nawet nie patrzył co zwymiotował. Odwrócił się na pięcie znowu zajrzał do środka i tym razem starał się szukać jakiejkolwiek broni. Niestety żołnierze byli całkowicie rozbrojeni i jakby całkowicie bezbronni. Nie chciał już na nich patrzeć…
Ruszył dalej…
-Kto mógł zrobić coś takiego? – Pomyślał po czym znów miał odruch wymiotny.
Aby o tym nie myśleć ruszył biegiem przed siebie nie bacząc na nic. Po paru chwilach zdyszany przystanął obok jakiegoś budynku który wyglądał na kawiarnie lub bar. Jego uwagę przykuł dziwny dźwięk. Wydobywał się on od strony ulicy. Było to jakby trzeszczenie poprutego radia. Chris powoli zaczął iść w stroję dźwięku. Z mgły powoli wyłonił się niebieski samochód. Chris nie rozpoznał marki. Podszedł do samochodu i delikatnie dotknął zimną klapę bagażnika. Szmery były bardzo głośne. Nerwy Chrisa były napięte jak struna. Ręce mu się zaczęły pocić i były zimne. Oczy były nienaturalnie rozwarte. Serce łomotało mu zupełnie jakby domagało się wyjścia. Szedł powoli. W końcu dojrzał na masce małe przenośne radyjko. To ono tak szumiało. Podniósł je i przyjrzał się bliżej. Urządzenie zaczęło się trząść jakby panicznie chciało coś powiedzieć.
-Co jest z tym radiem? – powiedział cicho Chris.
Nagle spod samochodu coś okrutnie zapiszczało i wybiegło wydając z siebie jeszcze bardziej dziwne głosy. Chrisowi puściły wszelkie hamulce. W panice rzucił się do ucieczki. Biegł przed siebie głośno sapiąc i wydając nieartykułowane dźwięki. Radio trafiło do kieszeni. Bieg z całych sił. Nie odwracał się za siebie. Przestraszył się jak diabli. Z tego co zdołał zauważyć potwór ten przypominał czołgającego się człowieka. Pokryty był on dziwnym czerwonym czymś, a ręce miał jakby skrępowane. Chris skręcił ostro w lewo niemal się wywracając i kiedy dobiegł do końca uliczki okazało się że jest ślepa. Radio umilkło. Chris bez zastanowienia wpadł przez drzwi do byle jakiego domu. Był otwarty. W środku było ciemno. Chris biegł przed siebie nie patrząc na boki lecz czuł że są tam zimne ściany. Zaczynało mu brakować powietrza w płucach. Potrzebował odpoczynku. Nie teraz. Nie chciał się zatrzymywać ani na chwilę. Biegł przed siebie. Korytarz okazał się być prosty. Chris wpadł na ostatnie drzwi i wywarzył je nieświadomie. Padł na ziemie lekko oszołomiony. Już miał zamiar wstać kiedy poczuł na plecach coś twardego. Przygniotło go to do ziemi. Poczuł na głowie zimną stal. Myślał że już po nim. Sapał głośno niemal łkając. Usłyszał potężny basowy głos mówiący:
-Kim jesteś?
Jego zdziwienie nie znało granic.
-Jestem Chris. – Wystękał.
Coś twardego zeszło z jego pleców a na głowie nie czuł już metalu. Podniósł się i ujrzał najbardziej nieprawdopodobny widok… Przed nim stał wielki mężczyzna cały okuty nowoczesną metalową zbroją. Spomiędzy łączeń świeciło jasne niebieskie światło. Jego umięśnienie przyprawiało o zawrót głowy. Jego rysy twarzy było ostre i umięśnione a jego włosy zakrywała chusta. Jednak największe wrażenie robił jego karabin. Wieki, nowoczesny ze zgrabnie dorobioną piłą spalinową. Mimo iż Chris był wysoki to sięgał mu zaledwie do piersi. Chris był ubrany w czarne adidasy, czarne szerokie spodnie, rozpiętą brązową kurtkę pod którą była biała bluza. Chris był bardzo chudy lecz swoją postawą prezentował się dumnie i sprawiał niemałe wrażenie, ale w porównaniu z tym oto mężczyzną był muchą…
-Miło mi cię poznać Chris… Nazywam się Marcus Fenix i podobnie jak ty nie mam zielonego pojęcia co tu się dzieje…
Chris przyglądał mu się jeszcze chwilę po czym odparł:
-Twój wygląd… Kim ty do cholery jesteś? Terminatorem? Nie ja chyba tracę zmysły…
-Wiesz… Ty też wyglądasz nieco dziwnie. Co to za miasto? Gdzie my się znajdujemy?
-Jesteśmy w Silent Hill… Miasto nagle zerwało łączność i stało się odcięte od świata. Przyjechałem tu w poszukiwaniu córki która przyjechała tu na wakacje. Może ją widziałeś? Długie blond włosy…
-Niestety… Wiesz idąc tutaj widziałem dziwnego, jakby to ująć… Stwora. Przypominał mi skrępowanego człowieka. Oddałem w niego kilka strzałów lecz on zniknął we mgle. Wiesz może co to było?
Chris przypomniał sobie strzały które słyszał.
-Nie wiem, ale ja też go widziałem… Najpierw usłyszałem dziwne dźwięki wydobywające się z radia, a potem on wyskoczył spod samochodu a ja uciekłem. Biegłem aż tutaj.
-Dziwne… Dobra srać na to… Chodźmy musimy się wydostać z tego miasta…
-Nie. Ja musze odnaleźć córkę. I choćbym miał zabić diabła to znajdę ją!
-Rozumiem twój bój spowodowany utratą ważnej dla ciebie osoby ale nie masz szans sam… Sam… - Marcus na chwilę się zamyślił.
-Jak to nie mam?
-Który mamy rok?
-1994 a co?
-A niech mnie…
-Co?!
-Ja przybywam z roku 2112… Najwyraźniej coś mnie cofnęło w czasie i sprowadziło do tego miasta.
Chris dosłownie zbaraniał.
-2112?
-Ta…
-Ja chyba oszalałem…
-Nie oszalałeś… Ja już wszystko zrozumiałem… Jesteśmy tu z jakiejś przyczyny… Tyle że jeszcze nie wiemy jakiej. Ty zapewne po to aby odszukać córkę ale ja?
-Co masz na myśli?
Marcus sięgnął za plecy i rzucił Chrisowi Shotgun’a.
-Umiesz się tym posługiwać?
Chris przeładował bron po czym oparł ją o ramie.
-No jasne.
-Idziemy znaleźć twoją córkę! Nie mam nic do roboty. – Powiedział Marcus po czym roześmiał się serdecznie.
-Ej, Marcus.
-Co?
-Jak się tu znalazłeś? – Zapytał Chris. – Mówiłeś że jesteś z 2112 co potwierdza twój ubiór ale dalej mnie zastanawia jak się tu znalazłeś.
-To długa historia. Powiem ci że moja drużyna została zaatakowana. Przewaga była ogromna. Ja się najdłużej trzymałem ze wszystkich lecz nie dałem rady. Otoczyły mnie skur#*$yny, jeden zdzielił kolbą i straciłem przytomność. Obudziłem się tutaj… To wszystko.
Ruszyli przed siebie. Mgła była gęsta. Ograniczała widoczność do kilku metrów.
-Gdzie się skierujemy? – Spytał Marcus.
-Wiesz myślę że do szpitala. Możliwe że miała wypadek albo cos i może się tam znajdować.
-No to idziemy. Masz mapę?
-No jasne. – Chris wyciągnął z tylnej kieszeni małe zawiniątko przypominające gazetę. – To ulotka z planem miasta.
-Pokarz.
Marcus dokładnie zlustrował mapę po czym się rozejrzał. Okazało się że stali na skrzyżowaniu dróg. Podeszli do drogowskazu po czym szybko się zorientowali gdzie iść.
-Tędy! – Pokazał palcem żołnierz.
-Wiesz co, Marcus…
-Co?
-Spoko z ciebie chłop.
Ruszyli przed siebie. Dźwięk tupania rytmicznie odbijał się od ścian budynków i roznosił się po całej ulicy. Mgła nie ustępowała. Chris czuł że coraz bardziej się boi. Boi się tego co zaraz może wyłonić się z mgły. Był pewien że do końca życia, zanim podejdzie do jakiegokolwiek samochodu, dopóki się nie upewni że nic pod nim nic nie siedzi. Szli bacznie przed siebie. W końcu po ich lewej stronie wyłonił się dość duży budynek. Napis na nim mówił „Szpital Alechemilla”
-To tutaj. – Powiedział Chris.
-Taaa…
-Chodźmy. – Odparł Chris po czym ruszył w stronę wejścia mocniej zaciskając rękę na Shotgun’ie od Marcus’a
-Czekaj.
Chris odwrócił się ze zdziwioną miną w jego stronę. Na jego twarzy było widać przerażenie. Była blada i wpatrywała się w napis.
-Co Ci jest?
-Nigdy… Nigdy… - Marcus przełknął ślinę. – Nigdy nie lubiłem… Lubiłem szpitali…
-Że jak? Ty? Boisz się szpitali?
-N-n-no…
-Jejku jejku… Dobra jak nie chcesz to nie musisz tam wchodzić.
-Ok. – Marcus’owi wyraźnie ulżyło.- To ja pójdę sprawdzić gdzie indziej.
-Gdzie?
-Nie wiem. Może apartamenty albo hotele? Może nic się jej nie stało i siedzi gdzieś ukryta przed mgłą i tymi okropnymi rzeczami.
-Dobry pomysł. Tylko proszę Cię o jedno…
-O co?
-Nie daj się zabić. – Chris uśmiechnął się ironicznie.
-Jasne… a ty uważaj na pająki.
-Jasne, jasne…
Po tym pożegnaniu Marcus zniknął we mgle kierując się w stronę hotelu. Co chwilę zerkał na mapę. Chris odwrócił się po czym podszedł do drzwi wejściowych. Były wielkie, dwuskrzydłowe, przystosowane do łóżek na kółkach. Po jego prawej stronie była wnęka prowadząca na parking karetek. Chris złapał za zimną klamkę po czym leciutko pchnął drzwi. Te łagodnie ustąpiły. Wszedł on do środka lecz był tam tylko ciemność. Mężczyzna przełożył broń do lewej ręki a prawą sięgnął po latarkę która spoczywała w tej samej kieszeni co zepsute radio. Spostrzegł że drżały mu ręce. Nie wiedział dlaczego. Snop światła rozjaśnił korytarz. Chris wszedł głębiej. Wokoło leżały poprzewracane wózki inwalidzkie. Całe pokryte były czymś czerwonym. Chris najwyraźniej znajdowała poczekalni. Po lewej znajdowała się opuszczona recepcja. Siedzenia w poczekalni były zakurzone i pokryte czerwonym osadem. W powietrzu unosił się zapach lekarstw. Momentalnie stało się ono ciężkie. Chris miał wrażenie że wdycha i wydycha gęstą maź. Rozświetlając sobie drogę ruszył do pierwszego korytarza. Był on długi. Po prawej były okna które zapewne zawsze były czyste i wymyte lecz teraz były brudne i odpychające. Po prawej zaś były sale. Chris wszedł do pierwszej lepszej. W środku były tylko poprzewracane łóżka. Biurko lekarza stało w rogu. Wyglądało to jakby ktoś naprędce budował barykadę. Wokoło były porozrzucane kartki i długopisy.
-Jest tu kto? – Powiedział cicho. Jego głos rozniósł się echem po czym zamilkł.
Odpowiedziało mu milczenie.
-Laura? – Zapytał ponownie lecz i tym razem była cisza.
Zamknął on drzwi po czym wolnym krokiem podszedł on do następnego pokoju. Już sięgał za klamkę kiedy radio zaczęło cicho szeleścić. Zabrał on rękę. Radio umilkło. Tym razem złapał on za klamkę. Radio zaczęło dość głośno trzeszczeć. Chris nacisnął klamkę. Zamek cicho jęknął. Radio syczało naprawdę głośno co przyprawiało o ból głowy. Chris’owi przypomniała się sytuacja sprzed kilkunastu minut. Kiedy znalazł radio… Chris otworzył szerzej drzwi i zajrzał do środka lecz było tam ciemno. Lecz słyszał dźwięk, coś jakby mlaskanie. Skierował w tamtą stronę snop światła. Radio wydawało z siebie przerażające trzaski i gwizdy. Zaczęło się trząść. Znowu chciało przed czymś ostrzec jednak nie umiało mówić. Jedynie potrafiło szumieć. To co ujrzał Chris było zaskakujące. Stało tam łóżko na którym leżał człowiek. Na oko martwy bo jego ciało pokrywała dziwna czerwona i zaschnięta substancja. Nad nim stała, akurat tyłem do Chrisa, kobieta ubrana w strój pielęgniarki. Strój był brudny i poplamiony. To samo skóra na rękach i nogach. Zapewne dawno się nie myła… Pochylała się dość mocno nad mężczyzną i wykonywała dziwne wężowe ruchy. Chris zmarszczył brwi.
-Przepraszam?
Pielęgniarka nagle się wyprostowała po czym nie odwracając się spojrzała na Chrisa. Jej usta były zakrwawione, zęby obnażone a oczy białe i nieobecne. Chwyciła ona nóż po czym chwiejnym krokiem ruszyła na bohatera. Ten przez chwile nie wiedział co robić. Szok jaki doznał był duży. Pielęgniarka była coraz bliżej. W końcu Chris się opamiętał i zatrzasnął drzwi po czym się o nie oparł. Radio umilkło.
-Co to do cholery było? – Pomyślał.
Stał tak przez chwilę próbując złapać oddech. Jego ręce były spocone i zimne. Trzęsły się. Nerwy miał napięte miał jak struny. Po raz kolejny w tym dniu. Przeklętym dniu… Sięgnął po radyjko. Spojrzał na nie.
-Wiesz, chyba jesteś moim jedynym sprzymierzeńcem. – Powiedział do niego. Radio tylko cicho trzasło jakby dziękując za uznanie.
Chris wrzucił je powrotem po czym przypomniał sobie o broni która otrzymał. Ścisnął ją mocniej po czym ruszył dalej. Pokoje na tym piętrze postanowił ominąć. Podszedł do windy i nacisnął przycisk. Po paru minutach czekania winda zjechała. Drzwi się otworzyły. Nie była to winda o jakiej myślał Chris. Podłoga była siatką która ociekała tą samą czerwoną substancją. Na tylnej ścianie był napis. Brzmiał on: „Pomocy.” I był napisany krwią. Chrisa przeszył mroźny dreszcz. Nie chciał wiedzieć kto to napisał ale zapewne nie pożył on za długo. Chris wszedł do środka. Na tablicy rozdzielczej wcisnął pierwsze z trzech pięter. Drzwi zamknęły się. Winda szarpnęła po czym ruszyła do góry. Monotonny dźwięk sprawił że Chris coraz bardziej obawiał się jaki widok zastanie po dotarciu na miejsce. Drzwi windy rozsunęły się. Oczom Chrisa ukazała się dość duża zielona szafka. Była poniszczona i miała sporo czerwonych zacieków. Chris wiedział że to krew. Na niej był napis. „Jeśli znów chcesz zobaczyć Laurę to otwórz ją… Otwórz siebie… Wejdź w nią… Wejdź w siebie…” Chris zrozumiał to dwuznacznie. Ktoś kto to napisał zapewne miał na myśli żeby otworzyć szafkę i do niej wejść, ale równie dobrze mógł mieć na myśli Laurę.
-Więc ktoś ją porwał? – Pomyślał.
Teraz już wiedział co musi zrobić. Odnaleźć ją i skopać mu tyłek. Tim’owi. Bo kto inny mógłby to zrobić? Chris podszedł do szafki i chwycił za klamkę po czym zdecydowanym ruchem ją otworzył. Nieboszczyk wyleciał bezwładnie i padł na Chrisa obalając go na ziemię i przygniatają.
-O kur#a! – Krzyknął przerażony Chris po czym zrzucił z siebie bezwładne ciało i odskoczył. Łapał spazmatycznie oddech. Jego oczy były rozszerzone do granic możliwości. Strach. Nic innego nie czuł w tej chwili. Przywarł on do ściany. Latarkę wciąż trzymał w dłoni jednak broń zgubił. Pomyślał że teraz jest to jego jedyny ratunek. Dziękował w duchu Marcus’owi za ten podarunek. Chris trzęsącą dłonią poświecił po podłodze. Shotgun leżał obok niego na wyciągnięcie ręki. Złapał on go po czym spróbował uspokoić oddech. Poświecił na twarz trupa który wyleciał z szafki. Strach zastąpiło zdziwienie. Wielkie zdziwienie. Od razu poznał te facjatę. Jego córka kiedyś go przyprowadziła do domu przedstawiając jako swojego chłopaka. Tim’a. ten sam młodzieniec leżał teraz na podłodze. Był ubrany lecz odzież była poszarpana, pocięta, zakurzona i zakrwawiona. Wyraźne ślady walki. Na twarzy miał wiele siniaków, zadrapań i rozcięć. Oczy były wydłubane. Zaschnięta krew ściekała po policzkach.
-A więc to nie on… - Pomyślał Chris po czym wstał.
Przekroczył on ciało chłopaka i ruszył korytarzem przed siebie. Mijał kolejne drzwi. Nagle usłyszał dziwny dźwięk. Był to sygnał nadchodzącej rozmowy w telefonie. Stłumiony dźwięk dzwonka wydobywał się ruchem wahadłowym z za drzwi.
Przestraszony stanął. Wsłuchiwał się w dźwięk. Rosło w nim napięcie. Serce mu podeszło do gardła. Przełknął on ślinę lecz to nie pomogło, Sprawiło tylko dodatkowy ból. Ręce się trzęsły. Coraz bardziej z każdym kolejnym sygnałem. Były całe mokre od potu i tak zimnie że zaczęło to dokuczać. Oddech stał się nierówny. Wypuścił on głośno powietrze lecz to wydobyło się krótkimi i bardzo szybkimi seriami przypominającymi odgłos wystrzałów karabinu maszynowego. Chris wolnym krokiem, szurając butami o ziemię, podszedł do drzwi zza których wydobywały się dźwięki. Było to dość duże pomieszczenie z brudnymi podłogami, ścianami i poprzewracanymi łóżkami. Na środku stała niewysoka mała i okrągła kolumienka na której stał czarny telefon. Był to starszy model z okrągłym przyrządem do wykręcania numeru i słuchawce która stała na charakterystycznych widełkach. Chris z trudem podszedł do niego i powoli złapał za słuchawkę. Była ona bardzo ciepła, dała ukojenie jego zimnej ręce.
-Halo? – Odezwał się niepewnie.
-Tata? – Głos który mu odpowiedział był dziewczęcy. Dobrze mu znany… Był to głos jego córki. Na ogół był miękki i miły lecz teraz był lekko zdziwiony i mocno przestraszony. Niepewny.
-Halo, Laura?! – Chris momentalnie zapomniał o strachu.
-Tatusiu, przepraszam. – Głos się jej załamał. Wyglądało na to że jest na granicy płaczu.
-Skarbie, gdzie jesteś?!
-Tato, jak to dobrze że jesteś, nie masz mi za złe to że pojechałam bez twojej zgody? – Mówiła bardzo rozpaczliwie jakby to była ich ostatnia rozmowa.
-Oczywiście że nie. – Chris nie chciał jej denerwować jeszcze bardziej. Chciał ją najszybciej odzyskać. – Powiedz gdzie jesteś.
Na ścianie obok pojawiła się czerwona plama. Od niej poczęło się rozchodzić, w szybkim tempie, kilkanaście grubych żył…
-Nie wiem, jest tu ciemno, strasznie zimno. Czuję że na podłodze jest centymetrowa warstwa wody. To wszystko co mogę powiedzieć. Tato, błagam uratuj mnie… - Rozpłakała się.
-Spokojnie kochanie, słyszysz? Nic ci się nie stanie! Tata już idzie do ciebie. Wytrzymaj jeszcze trochę!
Odpowiedziało mu milczenie.
-Halo, jesteś tam? Halo!
Lecz nie usłyszał odpowiedzi. Radio głośno trzasło i zaczęło szumieć. Chris spojrzał na nie zdziwiony i spostrzegł jedną dziwną rzecz. Kabel od słuchawki był oderwany. Radio umilkło. Najwidoczniej chciało mu przekazać że łudzi się krzycząc do słuchawki. Chris ze złości cisnął słuchawką w ścianę obok. Wtem dostrzegł coś dziwnego. Pokój był pokryty w całości czerwoną mazią i jakby pulsującą tkanką. Zamiast podłogi była tam ociekająca krwią siatka. Pod nią dało się zauważyć trupy. Całe hałdy trupów. Poskręcane i pozwijane, podgniłe i śmierdzące. Straszny widok… Chris ponownie poczuł te bryłę lodu w brzuchu. Powoli, w obawie że siatka się zawali, ruszył w kierunku drzwi. Chwycił za mokrą klamkę po czym przekręcił ją. Drzwi się otworzyły. Na korytarzu podłoga to też była siatka a ściany były pokryte syfem, zgnilizną i krwią. Na dole były całe sterty trupów. Stała tam też szaleńczo pracująca maszyna. Sceneria jak z najgorszego koszmaru. Chris zadawał sobie w myślach tylko jedno pytanie: „Co tu się do cholery dzieje?” Nagle radio zaczęło głośno szeleścić. Chris już widział że ten mały pomocnik niezwykle się przydaje. Wzmorzył czujność kiedy zobaczył w oddali, w miejscu gdzie latarka nie dosięga, ruch. Po chwili zauważył trzy bardzo małe postacie idące jakby na czworaka. Radio trzeszczało i piszczało. Postacie zbliżyły się i Chris mógł je rozpoznać. Całe były pokryte tym czym ściany, a w dodatku łaziły na czworakach i wyglądały jakby były wszyte w stół lub łóżko. Chris podniósł Shotgun. Oparł go mocno o ramię bo przeczuwał że nie są pokojowo nastawione… W dodatku radio trzeszczało a to oznacza niebezpieczeństwo. Jeden z potworów nagle znacząco przyspieszył aż w końcu „biegł” z niesamowita szybkością. W odległości pięciu metrów skoczył wprost na twarz Chrisa. Nasz bohater był jednak szybszy. Celny strzał odrzucił „Stoło-stwora” na drugiego który w tym samym czasie również zaczął atakować. Lecz on zwinnie odskoczył w bok po czym rzucił się ponownie na twarz Chrisa. Pomieszczeniem wstrząsnął kolejny huk wystrzału. Następny potwór udał się do krainy wiecznych łowów. Pozostał tylko jeden który szybkością błyskawicy złapał Chrisa za nogę i wywrócił. Chris wypuścił broń po czym rozpoczął serię kopniaków skierowanych na potwora. Gdy ten w końcu puścił Chris złapał strzelbę i rozsadził potworowi coś co wyglądało na głowę. Radio umilkło. Chris spazmatycznie łapał oddech. Porcja adrenaliny jaką zafundowały mu potworki była wystarczająca aby na chwilę odpędzić od siebie straszne widoki i strach. Po chwili wstał i podniósł latarkę która wyleciała mu z kieszeni. Otrzepał się z brudu po czym ruszył do windy. Pamiętał co mu mówiła córka. Na podłodze była woda więc może jest ukryta gdzieś w kanałach. Miał zamiar je teraz przeszukać. Po paru minutach biegu i wsłuchiwania się w tupot butów o kraty dobiegł do windy. Lecz to nie była winda… Zamiast niej była tam drabina schodząca niżej, w głąb ciemności. Chris wziął głęboki oddech po czym zaczął schodzić w dół. Powoli, spokojnie, aby nie spaść… W końcu po jego bokach nie było już światła które biło od czerwonej lampki ulokowanej nad drzwiami windy, po wewnętrznej stronie szybu. Chris wiedział że znajduje się w owym ciasnym szybie, ale czuł jednak że wokoło jest przestrzeń, i to dosyć duża. Po kilkunastu minutach monotonnego dźwięku butów na metalowej drabince Chris poczuł że jego noga jest mokra. Zszedł jeden stopień niżej i usłyszał kolejne pluśnięcie. Postawił wszystko na jedną kartę po czym skoczył. Nie leciał długo. Wylądował twardo po kolana w wodzie. Już miał złapać za latarkę kiedy pomieszczenie w którym się znajdował rozświetliło jasne światło od żarówki z pokrywą umocnioną trzema drutami. Dwoma pionowymi i jednym poziomym. Znajdował się w niewielkim pomieszczeniu. Na oko wyglądał na kanał. Na jednej ze ścian była duża rura z kratami. Pomieszczenie było wypełnione woda po kolana. Woda była czarna, brudna, ze śladami ropy i benzyny na powierzchni i z resztkami traw i słomy. Chris już miał się poruszyć kiedy woda została wzburzona. Nagle z jej powierzchni wyłonił się kłębek mokrych włosów, potem czoło, oczy i uszy, nos, usta broda aż wreszcie cała sylwetka postaci. Była to dość wysoka dziewczyna ubrana w zniszczoną sukienkę sportową. Jej skóra na twarzy, rękach i nogach była taka sama jak ta pielęgniarki i trzech potworów. Układ krwionośny Chrisa, na te kilka sekund, się zatrzymał. Zrobiło mu się niedobrze, miał mdłości. Serce waliło mu jak młotem. Dźwięk ten był tak silny że przechodził po całym ciele poczynając od płuc a kończąc na uszach i nogach. W głowie mu szumiało. Radio tym razem milczało. Zupełnie jakby nie było się czego obawiać. Postać dziewczyny zombie podniosła głowę i ukazała swoją twarz, która kiedyś była piękna, lecz teraz była blada, pomarszczona i okropna. Oczy nie miały tęczówek i źrenic. Były jakby puste. Woda ściekała po jej długich czarnych włosach które teraz były opuszczone na twarz. Dziewczyna trzymała w zniszczonej ręce zardzewiały nóż. Podniosła go po czym z jej ust wysunął się długi język który oblizał ostrze. Chris miał ochotę stamtąd uciec lecz kiedy się odwrócił drabiny tam nie było a jedyne wyjście to kanał przegrodzony kratą. Postać ruszyła na niego w wiadomym celu. Zabicia go… W pierwszej chwili Chris nie wiedział co ma robić. Był sparaliżowany strachem. Kiedy był już blisko niego ten nagle oprzytomniał i odskoczył przed jej pchnięciem. Oddał w jej stronę strzał. Był on tak silny że dziewczynę odrzuciło na sąsiednią ścianę a jucha trysnęła na Chrisa i ściany wokoło. Huk wystrzału był tak głośny że przez chwilę nic nie słyszał. Nic prócz pisku. Dziewczyna spadła ze ściany prosto do wody. Po chwili podniosła się i ponowiła swój atak. Chris i tym razem się nie pomylił. Kreatura ponownie uderzyła w ścianę. Lecz o dziwo znowu wstała i zaczęła beznamiętnie podążać w stronę mężczyzny. Ten oddał kolejne dwa szczały potem jeszcze jeden, i jeszcze, i jeszcze. Kiedy Chris ponownie przeładował i nacisnął spust to usłyszał tylko cichy brzdęk uderzenia cyngla o pustą komorę. Skończyła mu się amunicja. Lecz bestia już nie wstała… Unosiła się martwa na wodzie, twarzą do góry. Chris odetchnął. Chciał się wydostać z tego klaustrofobicznego pomieszczenia… Podszedł do kraty po czym spróbował ją wyrwać. Nic z tego nie wyszło. Zrozpaczony szarpał się dalej lecz po chwili zdyszany zrezygnował. Rozejrzał się dookoła kiedy ciało dziewczyny zaczęło się trząść. Wydawała z siebie straszne jęki po czym wydusiła słowo:
-Hej…
Chris uniósł brwi. Ostrożnie do niej podszedł.
-Nie bój się, nic ci nie zrobię. – Przemówiła już normalnie dziewczyna. Miała miękki, ponętny głos. Podobny do głosu Laury ale jednak inny.
-Kim jesteś? – Spytał zdezorientowany Chris. Celował w nią lecz wiedział że nie ma amunicji. Dziewczyna odkaszlnęła krwią. Chris powoli się zbliżał.
-Spokojnie, uratowałeś mnie przed ciemnością… Ciemnością w którą ja i moi przyjaciele się stoczyliśmy.
-O czym ty mówisz?
-Mam teraz zamiar opowiedzieć ci wszystko co wiem….
-Hej, hej… - Przerwał jej Chris. – Możesz mi powiedzieć co tu się do chuja wacława dzieje? Kim ty do cholery jesteś? Co to wszystko ma znaczyć? Gdzie moja córka? Kim są te kreatury? Dlaczego korytarze SA takie opychające?! Dlaczego! – Zasypał ją lawiną pytań.
-Mówiłam… Cierpliwości, wszystkiego się dowiesz. – Ponownie zakrztusiła się własną krwią. – Zacznę od początku. Od tego jak zaczęłam staczać się w ciemność…
C.D.N.
Ostatnio zmieniony przez BMF 20-03-2007, 16:55, w całości zmieniany 3 razy
Hmmm ciekawe i długie, ale ciekawe
Pierwsza historia przypomina mi film gore z Jasonem (ah ta maczeta ).
Można się przyczepić do paru zdań, ale nie jest źle. Czekam na dalszą część.
_________________ Have you seen a little girl around here?
No nie powiem, dobre opowiadanie :wink: Tyle, ze strasznie długie.. Ale wytrwałem i przeczytałem do końca Co do tego co powiedział Sietra, to przyznam racje, że niektórych zdań można się uczepić..Ale dobrze jest. Czekam na dalszy rozwój wydarzeń
_________________ Człowiek może wytrzymać cały tydzień bez picia, dwa tygodnie bez jedzenia, całe lata bez dachu nad głową, ale nie może znieść samotności. To najcięższa tortura.
Prosze prosze nie spodziewałem się że aż dwóch ludzi oceni moje wypociny pozytywnie. Zmotywowaliście mnie do dalszego tworzenia. Acha, napiszcie jakie zdania wydają wam sie złe lub źle napisane a poprawie.
No w niektórych zdaniach po prostu powtarzasz te same słowa i nie zastępujesz je innymi.
I jestem ciekaw jak wyjaśnisz połączenie z sobą tych 3 historii.
_________________ Have you seen a little girl around here?
Szczerze mówiąc, żeby ,wytyczyć' Ci te wszystkie błędy musiałbym od nowa to czytać, a dość długie to opowiadanie.. Czasem się właśnie powtarzasz, albo używasz ,nieodpowiednich' wyrazów do sytuacji..Ale przecież nikt nie wymaga od Ciebie cudów bo nie jesteś ,zawodowym' pisarzem.. :wink:
Musisz się postarać, żeby mnie i Sietre zadowolić jakąś ciekawą kontynuacją
A co do:
I jestem ciekaw jak wyjaśnisz połączenie z sobą tych 3 historii.
To też bardzo mnie to ciekawi.. :wink:
_________________ Człowiek może wytrzymać cały tydzień bez picia, dwa tygodnie bez jedzenia, całe lata bez dachu nad głową, ale nie może znieść samotności. To najcięższa tortura.
Zadam wam dziwne pytanie... O jakie historie wam chodzi? Znaczy dwie pierwsze to chyba łapie i one juz własciwie sie połączyły a trzecia z to pewnie chodzi wam o ta na samym początku... To sie samo wyjaśni ale ostrzegam! To bedzi troche dlugie i moze przez to nieco odstraszac.
EDIT: Patrzcie na daty, łatwiej zrozumiecie o co mi chodziło. 8)
Ostatnio zmieniony przez BMF 07-03-2007, 22:32, w całości zmieniany 1 raz
Jeśli samo się wyjaśni to czekam..Chyba czekamy bo Sietra też? :wink:
Ta pierwsza o ognisku jakoś mi tak nie pasuje..
Jeśli będzie długa ale ciekawa to zniose to.. Ale jeśli ma być długa i mnie zanudzać to odpada..
_________________ Człowiek może wytrzymać cały tydzień bez picia, dwa tygodnie bez jedzenia, całe lata bez dachu nad głową, ale nie może znieść samotności. To najcięższa tortura.
No właśnie mi daty też nic nie ułatwiają..
Możesz co nieco wytłumaczyć o co tak dokładniej chodzi, czy mamy czekać na ciąg dalszy opowiadania? :wink:
_________________ Człowiek może wytrzymać cały tydzień bez picia, dwa tygodnie bez jedzenia, całe lata bez dachu nad głową, ale nie może znieść samotności. To najcięższa tortura.
Rczej poczekajcie. Powiem wam że jeśli chodzi o rok 1980 to chciałem ukazać takie morderstwo z przeszłości... A rok 2112 jet po to aby w SH grasował jaiś rasowy killer. 8) Zreszta wyjdzie w trakcie.
_________________ Człowiek może wytrzymać cały tydzień bez picia, dwa tygodnie bez jedzenia, całe lata bez dachu nad głową, ale nie może znieść samotności. To najcięższa tortura.
Jak ,Rodzina' to nie wnikamy w szczegóły.. :wink:
Ale nie dziw się, że każdy się niecierpliwi skoro opowiadanie się spodobało
_________________ Człowiek może wytrzymać cały tydzień bez picia, dwa tygodnie bez jedzenia, całe lata bez dachu nad głową, ale nie może znieść samotności. To najcięższa tortura.
Musze Cię pochwalić :wink: Bardzo dobre opowiadanie, tylko 2 część troszku krótsza Ale przyznam, że z niecierpliwością czekam na dalszy rozwój wydarzeń
_________________ Człowiek może wytrzymać cały tydzień bez picia, dwa tygodnie bez jedzenia, całe lata bez dachu nad głową, ale nie może znieść samotności. To najcięższa tortura.
No pewnie, że poczekamy
Szczerze mówiąc bardziej przepadam za dłuższymi opowiadaniami :wink:
_________________ Człowiek może wytrzymać cały tydzień bez picia, dwa tygodnie bez jedzenia, całe lata bez dachu nad głową, ale nie może znieść samotności. To najcięższa tortura.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum